Reportaże

  • czwartek, 08 sierpnia 2013
    • Teatr małych kroków

      Chcieli stworzyć coś całkiem innego. Nie kolejne warsztaty teatralne, nie zajęcia z arteterapii, lecz prawdziwy teatr. Sześciu byłych i obecnych podopiecznych domu samopomocy wraz z psychoterapeutką i muzykiem założyli grupę teatralną, która zdążyła już wystawić swoje sztuki na deskach Ateneum i na poznańskim festiwalu Malta.  

      W sali nr 215 Bemowskiego Centrum Kultury w Warszawie panuje półmrok. Ściany zakryte są czarnymi kotarami, a jedyne światło pada z reflektora na środek pomieszczenia. Z głośników fot. Jakub Nowotyńskiwydobywają się dźwięki muzyki przeplatane głosami osób recytujących limeryki. Aktorzy po kolei wstają z miejsc, w których znajdują się na początku swojej sceny, wykonując poszczególne ruchy i gesty. Wszystko w wielkim skupieniu, pod okiem stojącej na końcu sali reżyserki.

      Bez terapii
      Od 6 lat aktorzy Teatru Zgoda spotykają się tu, by móc pracować nad swoimi kolejnymi spektaklami. Nad wszystkim czuwa psychoterapeutka Agata Adamek wraz z muzykiem Zbyszkiem Gozdeckim. To z ich inicjatywy powstał teatr, w którym grają osoby chorujące psychicznie.
      - Chcieliśmy stworzyć teatr osób wykluczonych społecznie, który nie będzie formą terapii, lecz prawdziwym artystycznym wydarzeniem – wspomina Adamek. – Od wielu lat prowadziłam warsztaty teatralne dla dzieci i młodzieży, jednak tutaj postanowiłam wykorzystać swoje doświadczenie z pracy w płockim stowarzyszeniu Oto Ja, gdzie zajmowałam się malarstwem. Jeździliśmy wówczas do domów pomocy społecznej i wybieraliśmy najbardziej uzdolnione plastycznie osoby, po czym dawaliśmy im potrzebne materiały, w żaden sposób nie ingerując w ich prace. W taki sposób powstawały prawdziwe dzieła, perełki art brut. W pewnym sensie postanowiłam to przełożyć na teatr. 

      Gozdeckiego poznała w Kazimierzu Dolnym podczas warsztatów Laboratorium Edukacji Twórczej. Ona chciała przekuć swoje doświadczenia z malarstwem w teatr, on chciał połączyć muzykę z pracą z ludźmi wykluczonymi, ponieważ sam miał w rodzinie osobę chorującą na schizofrenię. Obydwoje chcieli zmieniać świat metodą małych kroków. Pierwszym z nich miało być stworzenie teatru osób wykluczonych ze społeczeństwa, teatru tworzącego prawdziwe artystyczne wydarzenia, nie będącego tylko formą terapii. 

      - Nie stosujemy tu żadnych elementów arteterapii, ponieważ dla widza na pewno nie byłoby to interesujące – przyznaje Zbyszek Gozdecki. – Sztuka sama w sobie może być terapeutyczna, tak jak terapią może być przebywanie z wyluzowanymi osobami. A w teatrze można więcej: można się głośno śmiać, nikt nikogo tu nie tłamsi, panuje bardzo luźna atmosfera.

      Od eksperymentu do Ateneum
      Do nowego teatru zgłosiło się kilkanaście osób z pobliskiego domu samopomocy. Niektórych pchnęła tu zwykła ciekawość, innych zainteresowanie teatrem i chęć sprawdzenia swoich własnych umiejętności aktorskich. Adamek postanowiła szlifować je zgodnie z potencjałem danej osoby - jeżeli ktoś świetnie się poruszał to pracowała z nim głównie nad ekspresją, jeśli miał dobrą dykcję – pracowała z nim przy dialogach.    

      Prace nad pierwszym spektaklem „Cyrk Mortalis” przypominały wielki eksperyment;  na scenie jako aktorzy pojawili się Adamek z Gozdeckim, co miało pomóc im w lepszym zapoznaniu się z aktorami. Aktorzy sami decydowali co miało znaleźć się w przedstawieniu, natomiast pełniąca rolę reżyserki Agata Adamek decydowała nad ostateczną formą, tak by wszystko wyglądało dobrze pod względem artystycznym. W realizacji eksperymentu pomogło stypendium Ministerstwa Kultury, które właśnie otrzymała Adamek.

      - Gdy z pierwszym spektaklem wystąpiliśmy na warszawskiej starówce, w Staromiejskim Domu Kultury, było to dla mnie niesamowite wyróżnienie – wspomina Ewa, jedna z aktorek teatru. - Byliśmy dumni, że dopiero zaczynając mogliśmy wystąpić w takim miejscu. 

      Reżyserka wraz z muzykiem postanowiła zejść ze sceny i w drugim przedstawieniu dać jak najwięcej do powiedzenia aktorom. Tak powstał pełen improwizacji spektakl „Schizofrenia – zamknijcie okna?” ukazujący codzienne zmagania osób chorujących na tę chorobę. Poszczególne sceny inspirowane były własnymi przeżyciami aktorów.  

      - Teatr nazywa się Zgoda i nie jest to przypadkowa nazwa – mówi Ewa. - Wspólnie decydujemy co jest dobre, a co złe w poszczególnych scenach. Spektakle reżyserowane są przez panią Agatę, a wymyślane przez nas.

      Największym dotychczasowym sukcesem teatru okazała się sztuka „Po drugiej stronie”, którą aktorzy Zgody wystawili m.in. na deskach teatru Ateneum, w klubie Powiększenie i podczas Festiwalu Malta w Poznaniu. Spektakle w tych miejscach najlepiej spełniły założenie, by jak najwięcej występować w przestrzenie teatralnej, wychodząc tym samym z getta teatrów osób niepełnosprawnych. Reżyserka Zgody na każdym kroku podkreśla bowiem, że jeśli ludzie są zdolni, to bez problemu mogą występować w teatrach czy na festiwalach bez względu na swoje choroby.     

      Najnowszym spektaklem Teatru Zgoda jest „Autyzm miejski. Zgoda w poszukiwaniu absurdu”, będący kabaretowym potraktowaniem tematu ponowoczesnych atrybutów życia w mieście. Po raz pierwszy aktorzy wzięli tu na warsztat tekst literacki. Ważnym elementem spektaklu jest również muzyka, nad którą Zbyszek Gozdecki pracował wspólnie z aktorami. Każdy z nich wymyślał dźwięki, które następnie nagrywane były do sceny, w której występuje. Czasami były to zwyczajne odgłosy ulicy czy stukot pręta uderzanego o podłogę, czasem wyobraźnia podsuwała coś bardzo nietypowego, jak odgłos ziaren kawy rzucanych o… perkusję.

      Amatorzy ze stażem
      Spektakle Teatru Zgoda wywołują reakcje typowe dla sztuki współczesnej – od niezrozumienia po fascynację. Zdarzyło się nawet, że teatr został oskarżony o obrazę uczuć religijnych.
      – Niektórzy nie rozumieją tych spektakli – wyznaje Bożena, grająca w teatrze od samego początku. - Bolesne jest też, kiedy ktoś stwierdza, że tworzymy coś mało istotnego. To bardzo dołujące, kiedy ktoś mi mówi, że robimy rzeczy nieliczące się w życiu. Jednak najważniejsza jest tu nasza współpraca, to że spotykają się tu bardzo różni ludzie, w wieku od 20 do 70 lat, i ciągle dużo się od siebie uczą. Jesteśmy amatorami, ale z kilkuletnim stażem. Nie mamy ukończonych szkół aktorskich, ale mamy w sobie pewne predyspozycje i pewne emocje, które pozwalają nam tu być.

      - Podczas pierwszych spektakli byliśmy bardzo niepewni siebie - wspomina Ewa. – Chyba nikt z nas nie przypuszczał wówczas, że będziemy tu nadal po sześciu latach. Teraz to już nie jest nawet pasja, lecz coś znacznie większego. Do tego łączy się to z niezwykłymi przeżyciami, takimi jak występ na deskach Ateneum. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy po tamtym przedstawieniu na teatralnym korytarzu ukłonił mi się sam Krzysztof Tyniec.

      Krok drugi
      Pewnym wzorcem dla Teatru Zgoda są podobne grupy teatralne działające w Europie. Teatry z Niemiec, Holandii i Szwecji wystąpiły podczas Bemowskich Zaburzeń Teatralnych, imprezy organizowanej przez Agatę Adamek. To dzięki tym spotkaniom Adamek i Gozdecki poznali pewien model teatru, do którego zaczęli dążyć – teatru w pełni profesjonalnego, z własną siedzibą, pracownikami technicznymi, opiekunami, operatorami światła, a przy tym teatru ludzi uśmiechniętych, pełnych luzu i dystansu do siebie. Wiedzą, że organizacyjnie daleko im jeszcze do tamtych grup teatralnych, działających w społeczeństwach znacznie bogatszych,  po części komercyjnie, po części dzięki państwowym dotacjom. Jednak tak samo jak sześć lat temu postawili sobie za cel stworzenie od podstaw artystycznego teatru osób wykluczonych, tak teraz tym do czego chcą dążyć jest swego rodzaju profesjonalizacja – przede wszystkim posiadanie własnej siedziby, w której próby można przeprowadzać każdego dnia, a spektakle wystawiać nawet dwa razy w tygodniu, a nie jak obecnie – raz na kilka miesięcy. 

      - Od sześciu lat dwa razy w tygodniu ci państwo z jakiegoś powodu tutaj przychodzą, czasem nawet zwalniają się ze szpitali psychiatrycznych, by móc być na próbie – mówi Adamek. – Może jest to tylko sześć osób, ale jestem przekonana, że w Polsce jest takich nieujawnionych talentów znacznie więcej. Nauczono nas, że niepełnosprawny znaczy biedny i wybrakowany, przez co ci ludzie sami zaczynają tak o sobie myśleć. Wystarczy jednak spojrzeć na podobne osoby z Niemiec, by zrozumieć, że może być inaczej. Oczywiście, można narzekać na złych lekarzy, na NFZ, na społeczeństwo, rodzinę, jednak by coś zmienić trzeba wykonać pierwszy krok. Jeśli ci państwo przychodzą tu od sześciu lat nie mając dzięki temu żadnych pieniędzy, zaświadczeń czy innych wymiernych korzyści, to znaczy, że przez sześć lat wykonaliśmy tu pierwszy krok.

      Łukasz Stec

      Reportaż publikowany na portalu Niepelnosprawni.pl

      

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 sierpnia 2013 15:04
  • piątek, 18 listopada 2011
    • W 80 kilometrów dookoła świata

      Amerykańscy klimatolodzy ogłosili, że to właśnie tutaj panuje najbardziej odpowiedni dla człowieka klimat: trzysta dni słonecznych w roku, średnie miesięczne temperatury wahające się między 20 a 25 stopniami, a przy tym niemal brak uciążliwych upałów.

      Podróż szlakiem tutejszych plaż zaczynam w jedynym dużym mieście na Gran Canarii. Las Palmas liczy ponad 380 tysięcy mieszkańców i znacznie różni się od wybitnie turystycznego południa wyspy. Przede wszystkim tutejsi turyści to głównie Hiszpanie i jakikolwiek obcy język słyszy się tutaj dużo rzadziej niż w popularnych kurortach. Przyjeżdżając tu dobrze jest znać choć kilka podstawowych zwrotów po hiszpańsku, co może znacznie ułatwić wykonywanie tak prozaicznych czynnościach jak zakupy czy przejazd autobusem.

      Prawdopodobnie najlepsza plaża na świecie

      Mimo że miasto posiada starówkę, uniwersytet, muzea i parki, największą atrakcją jest tu, oczywiście, plaża. Nie jest to jednak zwykła miejska plaża, jakich nie brakuje nawet na południu Europy, ale słynna Playa de las Canteras. Ciągnie się ponad trzy kilometry, a wzdłuż niej bulwar pełen knajpek, kawiarni, restauracji i sklepików z pamiątkami. Znad obydwu jej krańców wystają wzgórza skierowane stromymi stronami w stronę oceanu. Całe życie towarzyskie stolicy wyspy skupia się na Playa de las Canteras. Na Veguecie, czyli tutejszym starym mieście, spotykam niewiele osób, podobnie jak w Casa de Colon – domu, w którym zatrzymał się Kolumb w trakcie swojej pierwszej wyprawy. Natomiast okolica największej plaży w Las Palmas tętni życiem przez całą dobę. To w końcu typowe dla Gran Canarii, że nie przyjeżdża się tu, aby zwiedzać, nieliczne zresztą, zabytki, lecz po to, by czas spędzać w takich miejscach jak to. Miejscowi przekonują mnie nawet, że jest to najlepsza plaża na świecie. A mimo to, postanawiam ruszyć na południe wyspy.

      Starsza Hiszpanka z Las Palmas wielce zmartwiła się tym jak dotrę do ostatniego punktu swojej podróży. – Do Puerto de Mogan jest przecież kawał drogi – powiedziała z wielkim przejęciem. Po chwili zrozumiała moje zdziwienie i sprecyzowała odległość. – To 80 kilometrów stąd. Dla nas to wielka podróż, a dla ludzi z kontynentu zwyczajna wycieczka...

      Na Gran Canarii jednak 80 kilometrów może zmienić wszystko. Wyspa nazywana jest „kontynentem w pigułce” i jeśli ktoś planuje objechać ją całą, co jest możliwe w trakcie dwutygodniowego pobytu, znajdzie tu nie tylko piaszczyste plaże, ale i klify, wydmy, góry, jeziora czy lasy sosnowe.

      Soy Grancanario

      Zanim jednak docieram do Puerto de Mogan, postanawiam się zatrzymać w Playa del Ingles – najpopularniejszym kurorcie na wyspie. Już pierwszy spacer po miasteczku uświadamia, że jego nazwa, znacząca tyle co „plaża Anglików”, jest zupełnie nieprzypadkowa. Miejscowość zdominowana jest przez wczasowiczów z Anglii, Szkocji i Irlandii. O ile w Las Palmas nieraz spotykałem osoby, które potwierdzały stereotyp o antytalencie południowców do języka angielskiego, tak tutaj czuję się jakbym był w Brighton, a nie w Hiszpanii. Język urzędowy słychać tu bardzo rzadko, a po angielsku zagadują zarówno miejscowi, jak i Brytyjczycy, którzy… pracują w miejscowych pubach i nocnych klubach.

      Tak jak na terenie miasteczka króluje język angielski, tak na tutejszej plaży niepodzielnie rządzi niemiecki. W Playa del Ingles w niesamowity sposób widać bowiem różnice w sposobie spędzania urlopu między różnymi narodowościami, a przede wszystkim między grupami wiekowymi. Na plaży królują głównie niemieccy emeryci, a w barach i dyskotekach spotkać można przede wszystkim młodych Brytyjczyków. Bo Playa del Ingles to bardzo specyficzne połączenie spokojnego życia na plaży, które całkowicie zamiera po zachodzie słońca (miejscowi wręcz przestrzegają przed samotnymi spacerami plażą po zmroku) z nocnym życiem miasteczka, które wiąże się nie tylko z pubami i dyskotekami, ale też z wszechobecnymi dilerami narkotyków, natarczywymi prostytutkami, naganiaczami prowadzącymi nieświadomych przechodniów do burdeli zamiast do obiecanego baru, czy starymi Murzynkami, które niczym nasze Cyganki oferują przechodniom przewidywanie przeszłości w zamian za nieświadome pozbycie się portfela.

      Drugiej nocy w Playa del Ingles odkrywam prosty i skuteczny sposób na pozbywanie się powyższych „delikwentów”. Mówię „soy Grancanario” (jestem Grankanaryjczykiem). Działa za każdym razem.

      Raj dla amatorów wina i… palaczy

      Miejscowość, podobnie jak pobliskie Maspalomas, tworzą niemal wyłącznie hotele i pensjonaty. Budynków mieszkalnych jest stosunkowo niewiele, a większość osób tu pracujących mieszka w nieco oddalonym od morza El Tablero – miejscu chwalonym przede wszystkim za względnie niskie ceny. W Playa del Ingles przypominają one nieraz te, do których przyzwyczaili się Anglicy, szczególnie w przypadku importowanych towarów. Jakby jednak nie było, cała Grana Canaria jest rajem dla amatorów wina i nałogowych palaczy. Ponieważ Wyspy Kanaryjskie są strefą bezcłową, miejscowe wina można kupić już za 1,5 euro, a papierosy nawet za 80 eurocentów.

      Plaża w Playa del Ingles jest dość klasyczna – oprócz wspominanych niemieckich emerytów można tu spotkać głównie amatorów windsurfingu. Jednak podążając wzdłuż wybrzeża w stronę Maspalomas plaże nabierają pewnej specyfiki w postaci podziału na strefy. Na początku przemierzam przez plażę nudystów (tzw. czwarta strefa), gdzie nadal królują… niemieccy emeryci, potem przez plaże gejów (strefa trzecia – średnia wieku zdecydowanie niższa), w strefie drugiej spotykam ponownie nudystów, a na końcu rodziny z dziećmi w strefie familijnej. Maspalomas słynie jednak nie tylko ze wspomnianych plaż, ale też z położonych na 300 hektarach wydm, z których roztacza się widok na ocean, 70-metrowej latarni morskiej i największego na Wyspach Kanaryjskich aquaparku.

      Po opuszczeniu Playa del Ingles, w drodze na zachód wyspy, zatrzymuję się na chwilę w dwóch miejscowościach. Pierwszą jest niewielka, położona pośród skalistych gór Patalavaca. Ciekawa jest tu przede wszystkim nazwa, która znaczy tyle co „krowia stopa” i fakt, że jest to miejsce, w którym słońce świeci najdłużej na wyspie, co być może jest powodem tego, że przyjeżdżają tu przede wszystkim turyści ze Skandynawii. Drugą miejscowością, w której spędzam kilka godzin, jest znacznie większe Puerto Rico. Złośliwi mówią, że już nigdy nie powstanie tu żaden nowy hotel. A to dlatego, że budynki są tu do tego stopnia stłoczone, że ma się wrażenie, jakby część z nich niemal wisiała na otaczających Puerto Rico skałach.

      Mała Wenecja

      Autobus z Puerto Rico do Puerto de Mogan jedzie krętą drogą wzdłuż oceanu, wspinając się coraz wyżej pomiędzy stromymi górami. Kierowca co chwilę używa klaksonu. To miejscowy sposób na uniknięcie wypadku na najbardziej ostrych zakrętach, w przypadku gdyby ktoś jechał z naprzeciwka. Dźwięk klaksonów słychać z oddali także w samym miasteczku – za każdym razem, kiedy górską serpentyną przejeżdża jakiś większy pojazd.

      Znalezienie noclegu w Puerto de Mogan zajmuje mi niecałe… pięć minut. Aby przechować bagaże na czas poszukiwań, tuż po wyjściu z autobusu wchodzę do najbliższego sklepu. Sprzedawczynią jest bardzo sympatyczna Niemka, która, jak się okazuje, prowadzi niewielki pensjonat. Warunki są bardzo dobre, a do tego uzgodniona przez nas cena za nocleg jest kilkukrotnie niższa niż w oficjalnym cenniku. Cały interes Niemka prowadzi wraz ze swoim mężem, Indonezyjczykiem. Drugi pensjonat mają na… Bali.

      Sama miejscowość słusznie okazuje się być nazywana najbardziej malowniczą na całej wyspie. Pozbawiona wysokiej zabudowy hotelowej, w dużej części składa się z wąskich uliczek z przyozdobionymi kwiatami domami. Leniwą atmosferę miasteczka świetnie ilustruje obrazek starszych mieszkańców, którzy całymi godzinami grają na ulicach w domino. Wzdłuż niewielkiej plaży ciągnie się tu pasaż z knajpkami i restauracjami, które jednak zamykane są, jak na Gran Canarię, bardzo wcześnie. Jedyne czynne do rana miejsce to pub Bohema. Przy lokalnym piwie Tropical spotykają się tu młodzi ludzie, którzy w większości mieszkają w Puerto de Mogan, a pracują w niedalekim Puerto Rico.

      Puerto de Mogan to wręcz idealne miejsce na romantyczny wyjazd we dwoje. Nie ma tu Puerto de Moganzgiełku, dyskotek, natarczywych akwizytorów i naganiaczy, jak w Playa del Ingles czy Puerto Rico. To też raj dla estetów, którzy docenią zarówno malownicze położenie miejscowości, jak i jej zachodnią część nazywaną Małą Wenecją. To urocza plątanina wąskich uliczek poprzerywanych kanałami, nad którymi wiszą łukowe sklepienia białych budynków.

      I tak Gran Canaria okazuje się „kontynentem w pigułce”, nawet gdy ograniczy się jej zwiedzanie wyłącznie do najpopularniejszych nadmorskich miejscowości, pomijając przy tym środkową i zachodnią część wyspy. Na tych, co chcieliby tu odkryć Hiszpanię, lubią nieco kosmopolityczny styl i efektowne plaże – czeka Las Palmas, na szukających nocnych wrażeń miłośników filmu „Kac Vegas” – Playa del Ingles lub Puerto Rico, na przyjeżdżające tu rodziny z dziećmi – Maspalomas, zaś na romantyków z artystyczną duszą – Puerto de Mogan.

      Łukasz Stec

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      piątek, 18 listopada 2011 16:22
  • poniedziałek, 10 października 2011
    • Zajezdnia mistrza

      Do dziś żałuje, że cztery lata temu nie zaproponował rywalizacji Mariuszowi Pudzianowskiemu. Słynny strongman, który odwiedzał wówczas wrocławską zajezdnię tramwajową, byłby mocno zdziwiony gdyby przegrał konkurencję w podnoszeniu ciężarów z 50-letnim ślusarzem z MPK.

      Hala przy zajezdni tramwajowej Wrocław-Borek przypomina duży, zadaszony dworzec kolejowy. Zamiast pociągów na „peronach” stoi kilkanaście tramwajów. Mimo że pośród nich kręci się kilku pracowników, na hali jest cicho. Co jakiś czas pojawia się tu nowy pojazd wymagający naprawy. Pracownicy zajezdni wymieniają silniki, montują nowe pantografy na dachach pojazdów, wymieniają sprzęgi łączące wagony, przyklejają reklamy. Najcięższą pracą jest jednak wymiana wózków, czyli kół tramwaju. Chociaż tramwaj podnoszony jest wówczas przez specjalne windy, to po wymontowaniu wózka przeciągnąć lub przepchać wózek po torach musi człowiek. Wózek waży 2,5 tony. Kilkanaście metrów pcha go zazwyczaj dwóch ślusarzy. Najgorzej, kiedy jest nowy. Wtedy ma niewyrobione koła, przez co przepchać go jest jeszcze ciężej. Z wymianą sprzęgów wcale nie jest łatwiej. Wielki metalowy „hak” łączący dwa wagony waży 80 kilogramów. Sprzęg przenosi dwóch ślusarzy, po czym jeden go podtrzymuje, a drugi przymocowuje do wagonu.

      Ryszard Życzkowski przychodzi tu od dwudziestu lat. Przepychanie po torach 2,5-tonowego wózka czy wymianę 80-kilogramowych sprzęgów uważa za formę treningu. Znacznie lżejszego od tego, który czeka go na położonej kilkaset metrów dalej sali Śląska Wrocław. Tam niemal każdego dnia „przerzuca” po kilkadziesiąt ton.

      Mierzący obecnie 160 cm wzrostu Życzkowski do sekcji podnoszenia ciężarów Śląska Wrocław wstąpił jeszcze w szkole podstawowej. – Klubowy trener robił nabór w naszej podstawówce – wspomina Życzkowski. – Brał samych rosłych chłopaków i nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Zgłosiłem się więc sam. I choć z początku nie bardzo mnie tam widziano, już po dwóch latach ten sam trener wręczył mi puchar za to, że jako pierwszy z grupy zrobiłem trzecią klasę sportową. A potężniejsi ode mnie bardzo szybko zrezygnowali.

      Stocznia, kopalnia, zajezdnia

      Choć klubowi trenerzy z początku nie dostrzegali w niewysokim chłopcu specjalnego potencjału, ten dzięki konsekwencji i ciężkim treningom doszedł do wyników 182,5 kg w podrzucie i 142,5 kg w rwaniu oraz zdobył kilkanaście medali, w tym brązowe medale mistrzostw Polski seniorów. Po pierwszych kilku latach treningów w Śląsku Wrocław Życzkowski kilkukrotnie zmieniał kluby. Równolegle do zmian barw klubowych zmieniały się też jego miejsca pracy. Kiedy reprezentował Plon Milicz, pracował jako klubowy konserwator, w czasach występów dla Burzy Wrocław rozładowywał ciężarówki, w klubie Dolmel Wrocław był ślusarzem, reprezentując Stoczniowca Gdańsk pracował przy malowaniu okrętów, a przechodząc do Górnika Polkowice został górnikiem w miejscowej kopalni. Od 20 lat pracuje na zajezdni tramwajowej i ponownie reprezentuje Śląsk Wrocław.

      Ryszard z żalem wspomina rok 1984. Powołano go wówczas do kadry narodowej, dzięki czemu znalazł się na liście rezerwowej w ekipie na Olimpiadę w Los Angeles. Ze względów politycznych Polska nie uczestniczyła jednak w igrzyskach, a na kolejną Olimpiadę powołano już nowych, młodszych zawodników. Za swój największy sportowy sukces uznaje brązowe medale mistrzostw Polski seniorów. Zwłaszcza ostatni, który zdobył mając aż 41 lat. Po tych sukcesach, 54-letni dziś Życzkowski nie zakończył jednak kariery sportowej. Od kilkunastu lat startuje w zawodach kategorii „masters”. Ta nowa nazwa go cieszy. Wcześniej nazywano tę kategorię oldbojami lub weteranami, co denerwowało sztangistę. Nie uważa się za „starego dziadka” czy „weterana wojennego”. A właśnie w kategorii „masters” Życzkowski osiągnął największe sukcesy. Przede wszystkim mistrzostwo świata.

      Sam uważa się teraz za amatora wśród zawodowców i zawodowca wśród amatorów. Niemal każdy swój dzień dzieli między pracę na zajezdni a klubową siłownie. - Kiedy wypoczywam? – zastanawia się Życzkowski. - Kiedy trenuję! Jak mam dzień wolny od pracy to trenuję w klubie dwa razy po trzy godziny. Jeśli zdarza się wolna niedziela, a żona akurat pracuje, to też jadę na siłownie. Potem mi lepiej obiad smakuje… Mam wyrzuty sumienia, kiedy nie ma mnie na treningu, bo jestem już tak zmęczony po pracy, że jadę do domu. Jeśli zdarzy mi się przeziębić i przez dwa dni nie ma mnie w klubie to od razu dzwonią do mnie z siłowni czy coś się nie stało, bo wszyscy pytają gdzie jest Rysiek.

      Urlop najczęściej wykorzystuje na dwutygodniowe zgrupowanie, które prowadzone jest w klubie na początku każdego roku. Czasami zostawia sobie pięć dni, żeby pojechać latem do swojego ulubionego Kołobrzegu.

      - Skłamałbym jakbym powiedział, że żona nie narzeka – przyznaje Życzkowski. - Cały dzień pracuję fizycznie, na treningu podnoszę tony, a jak przychodzi kupić ziemniaki to mówię, że jestem zmęczony. Bywa też zła na mnie, bo w domu nie ma mnie prawie przez cały dzień.

      Przyznaje jednak, że po tylu wspólnych latach żona coraz przychylniej patrzy na jego treningi. Tym bardziej, że poznali się na zgrupowaniu sportowym, gdzie trenowała biegi na 400 metrów. Chociaż skończyła karierę sportową na etapie zawodów międzyszkolnych, ich spotkanie na obozie w Miliczu było początkiem rodzinnych tradycji sportowych oraz sportowych wątków… małżeńskich.

      Początek tradycji rodzinnej

      Pasję do podnoszenia ciężarów zaszczepił u swojego brata, a kilka lat później u syna. - Rysiek namówił mnie na treningi, kiedy miałem 14 lat – wspomina Mirosław Życzkowski, młodszy o dwa lata brat Ryszarda. – Wspólnie trenowaliśmy podnoszenie ciężarów w Śląsku, Dolmelu, Burzy i Stoczniowcu. I, podobnie jak on, swoją żonę poznałem na obozie sportowym.

      Mirosław Życzkowski jest obecnie zawodnikiem i trenerem w klubie Strzelec Strzelin. Zdobył wicemistrzostwo świata oraz mistrzostwo Europy w kategorii masters. Jego córka, Dorota, również trenowała podnoszenie ciężarów. Zdobyła m.in. brązowy medal mistrzostw Europy juniorów.

      Ryszard najbardziej dumny jest jednak, kiedy pokazuje klubowy kalendarz z 1997 roku. Jest na nim zdjęcie kadry sztangistów, na którym znajduje się razem z synem. – Kilka lat temu odniosłem kontuzję tydzień przed drużynowymi mistrzostwami Polski seniorów – wspomina Życzkowski. - Robert, mój syn, był na tyle mocny, że będąc juniorem, mógł mnie zastąpić. Nie dość, że sam występ był wielką nobilitacją dla juniora, to jeszcze zespół zdobył brązowy medal.

      Robert ma 29 lat i wygląda jak kopia swojego ojca. Niewysoki, krótko ostrzyżony i potężnie umięśniony. Pracuje jako elektryk na budowie i mieszka ze swoją żoną. Od razu widać, że ma dobry kontakt z ojcem. Kiedy rozmawiają ze sobą o podnoszeniu ciężarów u obydwu widać ten sam błysk w oczach.

      - Ćwiczę wyłącznie dzięki swojemu ojcu – przyznaje Robert. – Ojciec to wszystko rozkręcił, bo wcześniej w rodzinie nie było żadnych sportowych tradycji. Co prawda sam musiałem już zakończyć karierę po tym jak dwukrotnie odniosłem kontuzje pleców, jednak to właśnie w trakcie treningów poznałem… swoją żonę. Nie zajmowała się profesjonalnie sportem, jednak przychodziła na siłownie Śląska, żeby ćwiczyć gimnastykę rekreacyjną. Jak widać, siłownia łączy – śmieje się syn Ryszarda.

      Pupil na medal

      Ulubionym miejscem Życzkowskiego wydaje się być jego… klubowa szafka w szatni. Nie podoba mu się to, że wielu sportowców trzyma swoje medale w starych pudłach w piwnicach. Swoją kolekcję zawiesił na wewnętrznej stronie metalowej szafki. Jest ich tam dziesięć, w tym medal z mistrzostw świata. Za każdym razem, kiedy przychodzi na trening, cieszy się dźwiękiem jaki powstaje, gdy medale odbijają się od otwieranych drzwi.

      - Nie mam tylu medali, ile bym chciał – przyznaje sztangista. – Ze względu na koszty uczestniczyłem tylko w zawodach odbywających się w Polsce i ościennych krajach. Niejednokrotnie brałem pożyczkę, żeby pojechać na jakieś mistrzostwa, a potem spłacałem ją przez pół roku. Kilkanaście lat czekałem aż w Polsce odbędą się mistrzostwa świata. W końcu, kiedy odbyły się w Ciechanowie, zdobyłem złoty medal.

      To właśnie ubiegłoroczny sukces na mistrzostwach świata w kategorii masters odbił się szerokim echem wśród pracowników wrocławskiego MPK. – Oglądaliśmy przez internet bezpośrednią transmisję z zawodów – wspomina brygadier Adam Walaszek – Rysiek nawet nam nic nie wspomniał o tym, że jedzie na mistrzostwa świata. Dowiedzieliśmy się o tym od naszego kolegi-komputerowca, który znalazł informacje w internecie. Mieliśmy akurat przerwę śniadaniową, więc udało nam się w pracy obejrzeć fragment transmisji z mistrzostw. Zawsze trzymamy kciuki za Ryśka. Jest naszym pupilem, bo choć jest silny, to nieduży i zawsze z dobrym humorem.

      Życzkowski nie rozpowiada w pracy o swoich sukcesach. O jego startach w zawodach i medalach wiedzieli głównie najbliżsi współpracownicy. Dyrekcja MPK dowiedziała się o wszystkim dzięki rzeczniczce prasowej, która przeczytała o sztangiście w lokalnej prasie. – O sukcesie naszego pracownika dowiedzieliśmy się z wrocławskich mediów – mówi Agnieszka Korzeniowska, rzecznik prasowy przedsiębiorstwa. – Pan Ryszard jest naszym wieloletnim pracownikiem i naszą wizytówką. Postanowiliśmy go wesprzeć i sfinansować jego start w kolejnych mistrzostwach, które odbędą się na Cyprze jesienią tego roku. MPK zapłaci za bilety samolotowe oraz noclegi.

      54-letni sztangista podkreśla, że bez finansowego wsparcia pracodawcy jego wyjazd na Cypr, gdzie na przełomie października i listopada odbędą się mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów w kategorii masters, byłby niemożliwy. W Limassol Życzkowski ma szansę obronić tytuł mistrza świata, który zdobył w Ciechanowie. Ponownie przyjdzie mu się zmierzyć z najlepszymi na świecie „mastersami”, czyli zawodnikami, których kiedyś nazywało się po prostu oldbojami lub weteranami, najczęściej byłymi reprezentantami swoich krajów.

      Od kilku miesięcy realizuje plan treningowy przygotowujący go do obrony tytułu mistrza świata. Najpierw osiem godzin „rozgrzewki” na zajezdni, a potem profesjonalny trening w sali Śląska Wrocław.

      Czy czegoś żałuje z tych 40 lat ćwiczeń? – Raczej nie odchodziłbym ze Śląska Wrocław – podsumowuje Życzkowski. – Może wówczas pieniądze w innych klubach były większe, ale warunki do treningu jednak najlepsze były tutaj.

      Po chwili zastanowienia dodaje z uśmiechem: - No i szkoda, że nie wyzwałem na pojedynek Pudzianowskiego, kiedy bił w naszej zajezdni rekord świata przeciągając 34-tonowy tramwaj. Strongmani mają rozbudowane zupełnie inne partie mięśni niż osoby podnoszące sztangi. Tam liczy się wysiłek przez dłuższą chwilę, tu jest dynamizm. „Dominator” mógłby się zdziwić gdyby przegrał podnoszenie sztangi ze ślusarzem ubranym w roboczy strój. Ostatecznie jednak poprosiłem go tylko o autograf. Dostałem plakat z dedykacją „dla Rysia”.

      Łukasz Stec

      (Reportaż opublikowany w tygodniku "Przegląd" nr 40/2011)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 października 2011 18:16
  • wtorek, 16 lutego 2010
    • Sezon na farmie

      Byli skazani na siebie przez sześć tygodni: zawodowy snowboardzista z Czech, angielski kryminalista, absolwent socjologii na francuskim uniwersytecie i były przewodniczący zakładowej "Solidarności" ze Śląska.

      Farma Jamesa nie należy do największych w hrabstwie Kent. Są tu i takie, w których co sezon pracuje po 200-300 osób - pickerów (ang. zbieraczy). U Jamesa ma być ich tylko trzynastu.

      James prowadzi farmę ze swoim bratem i jego synem. Pracy nie dostanie się tu z ogłoszenia, lecz wyłącznie dzięki poleceniu osoby przez kogoś, kto pracował tu wcześniej.

      Farma składa się z trzech sadów, w których rośnie siedem gatunków jabłek. Oficjalnie zbiory zaczynają się pierwszego września. Tego dnia na farmie są już cztery osoby. I pies.

      Wiesiek jest rencistą z Polski. Zdenka jest Czeszką, ale przyleciała ze Szwajcarii, gdzie trenowała snowboard ze swoim chłopakiem. David przyleciał z Indii, gdzie mieszkał przez ostatnie pół roku, a Wayne - spod Manchesteru, skąd przywlókł ze sobą cały dobytek, w tym sukę Megan.

      Schabowy z haszyszem

      Pickerzy mieszkają w przyczepach kempingowych nazywanych tu z angielskiego karawanami. Przyczepy są jedno-, dwu- i trzyosobowe. Stoją kilkadziesiąt metrów od domu właścicieli.

      W środku mieści się kuchnia dla pickerów, która na sześć tygodni stanie się miejscowym centrum towarzyskim. W kuchni miesza się wszystko: zapach schabowego z zapachem haszyszu, czeskie przekleństwa z francuskim reggae, odgłos wbijanych lotek do darta z warczeniem psa.

      Schabowy to specjalność Wieśka, który przywiózł ze sobą dwie walizki jedzenia przygotowanego przez żonę. Przyjechał autokarem, bo w samolocie musiałby płacić za nadbagaż, a tego chciał uniknąć. Pracę na farmie załatwił mu kolega, który pracował u Jamesa przez kilka sezonów. Tym razem nie przyjechał ze względu na wypadek żony.

      Wiesiek czuje się nieco zagubiony. Nie zna angielskiego. Mija trochę czasu, zanim orientuje się, że Anglicy nie zrozumieją go, nawet gdy po polsku będzie mówił bardzo powoli. Irytuje go to tak bardzo, że wygarnie Wayne'owi: - Chińczycy potrafią, to i ty mógłbyś się polskiego nauczyć!

      Już na początku sezonu David kłóci się z Wayne'em. - To, że był w Indiach, nie znaczy, że jest prawdziwym podróżnikiem! - oburza się David. - Takich jak on pełno widziałem w Indiach i Tajlandii. Potrafią tylko śmiecić i nic więcej.

      33-letniego Davida tak naprawdę złości coś innego - nie podoba mu się, że Zdenka uwielbia Megan. Od uwielbienia psa jest niebezpiecznie blisko do uwielbienia jego właściciela. A Zdenka to przecież jego zdobycz. To on załatwił jej pracę na farmie po tym, jak poznali się trzy lata wcześniej w Nowej Zelandii. - Mieliśmy tam romans - tłumaczy - ale to w zasadzie nic poważnego - zastrzega.

      Jeszcze raz i wracacie do domu

      Na farmę dojeżdżają kolejni Polacy, Czesi i Estończyk. Sezon zapowiada się fatalnie, bo przez cały sierpień było sucho i jabłka są bardzo małe. A James płaci tak jak zawsze: dziesięć funtów za skrzynię bramley'i i po dwanaście za skrzynię pozostałych gatunków.

      Dziennie picker zarabia od 40 do 120 funtów. Zależy od gatunku jabłek, ich wielkości, pogody i doświadczenia zbieracza. Picker spędza w sadzie po dziewięć-dziesięć godzin dziennie. Przed nim dwa rzędy drzew, rząd skrzyń na drodze, na ramionach - kosz.

      James jest wściekły na marny sezon nawet bardziej niż pickerzy. Ci doświadczeni mówią, że go nie poznają. Chodzi pomiędzy rzędami jabłoni i sprawdza zebrane owoce. Jeśli są mniejsze niż wyznacza to odpowiedni pierścień albo są choć trochę poobijane, robi awanturę. - What the f... is this? Co to k... jest? To g..., a nie jabłka. Jeszcze raz i wracacie do domu!

      Wieczorem pickerzy gromadzą się w kuchni. Rozmawiają i palą haszysz. To jedyna rozrywka na farmie. W wiosce są jeszcze dwa puby, ale piwo jest tam za drogie.

      Pickerzy chwalą zdobyty przez Wayne'a towar. Podobno pochodzi z Pakistanu. Aby go kupić, wystarczy przejść przez sad i przeskoczyć ogrodzenie. Kilkaset metrów dalej stoi chatka, w której mieszka pewien Szkot. To on diluje w okolicy.

      Więzienie imprezuje

      Po powrocie z sadu każdy musi wpisać się do zeszytu leżącego w kuchni. Liczba zebranych skrzyń, stawka, przepracowane godziny. Najgorzej wypada Wayne, któremu w zrywaniu ciągle przeszkadzają telefony. Dzwonią matki jego dzieci. Wayne lekko nie ma, bo dzieci ma szóstkę. Z trzema różnymi kobietami.

      Kiedy rozmawiamy o piłce nożnej, Wayne wspomina: - Najlepszy był mecz Anglia - Niemcy, który wygraliśmy 5:1. Całe więzienie wtedy imprezowało!

      Grzecznie pytam, czy był tam jako pracownik, czy jako gość. - Jako gość - odpowiada z uśmiechem.

      Co drugi wieczór Zdenka znika gdzieś razem z Davidem. David ma samochód. Mówią, że jadą do najbliższej większej miejscowości. Po powrocie jedzą wspólny obiad i idą spać do Zdenki. - Nie mogę spać u siebie, bo denerwuje mnie Wayne - tłumaczy niepytany David.

      Edukację zakończył na podstawówce i od dwunastu lat jest pickerem. Jesienią zbiera jabłka u Jamesa, a zimą kwiatki w Kornwalii. Trzy miesiące pracy w roku pozwalają mu przeżyć pozostałą jego część. Zawsze poza Anglią. Mieszkał już w Tajlandii, Indiach, Indonezji, Australii i Nowej Zelandii, gdzie poznał Zdenkę.

      Zdenka od roku ma innego chłopaka - Czecha. Połączyła ich pasja do nart. Pavel jest zawodowym snowboardzistą, przez co pół roku spędza w Szwajcarii, gdzie są najlepsze warunki do treningów. Po zakończeniu sezonu jabłkowego Zdenka planuje wrócić tam z Pavelem.

      Murzynka Wieśka

      Najwięcej pije Wiesiek. Ma 51 lat i szuka polskiego towarzysza, któremu będzie mógł wszystko opowiedzieć. O tym, jak działał w podziemiu jako przewodniczący zakładowej "Solidarności", o tym, jak pracował na kopalni, ale miał wypadek i został rencistą, jak jeździł na wszystkie górnicze demonstracje do Warszawy, o tym, jak miał Murzynkę, o tym, jak miał Wietnamkę, jak miał Czeszkę i inne dziewczyny z pobliskiego akademika w Gliwicach.

      Dziś Wiesiek ma dwójkę dzieci i żyje z górniczej renty. Dorabia, pracując przy remontach i hydraulice. Jabłka zbiera po raz pierwszy i bardzo mu zależy, żeby James zechciał go na kolejny sezon. Zbiera jabłka bardzo dokładnie, a pierwszego dnia dał właścicielom farmy statuetki z węgla - taki symboliczny prezent za przyjęcie do pracy.

      Wayne zazdrości Davidowi wspólnych wyjazdów ze Zdenką do miasta. Za pierwszą wypłatę kupuje używanego forda. Jedzie nim na urodziny swojego starszego syna. Na farmę wraca z workiem marihuany, z której sporządza "magiczne ciasteczka". Przez dwa tygodnie częstuje nimi wszystkich. Nieświadomy niczego Wiesiek staje się bardziej rozmowny.

      Na farmę dojeżdżają czescy snowboardziści - Pavel, Jan i Lucka. Wszyscy chcą na farmie dorobić, bo z samych nart nie idzie się utrzymać.

      Pavel to chłopak Zdenki. Ma 32 lata i szykuje się na ostatni sezon kariery. Wcześniej trenował boks. Teraz zastanawia się, czy nie wypróbować go na Davidzie.

      Lucka studiuje weterynarię w Czechach, a Jan skończył we Francji socjologię. Temat pracy magisterskiej: "Wpływ marihuany na poczucie tożsamości".

      Pickerskie oddechy

      Deszcz nadal nie pada, jabłka rosną bardzo powoli. Sfrustrowany James wyżywa się na pracownikach - robi wielką awanturę, gdy przesiadują pewnego wieczoru w kuchni, innym razem organizuje poranne przemówienie, podczas którego nakazuje mycie zębów, ponieważ ma dość śmierdzących pickerskich oddechów.

      W piciu Wieśkowi dorównuje Anglik Johnny. Z tym, że ten zaczyna już rano, podczas pracy. Któregoś dnia piją nawet razem. Ze słownikiem polsko-angielskim, do którego po kolei co chwilę zaglądają, by móc się jakoś porozumieć.

      Johnny jest na farmie Jamesa już drugi raz. Przyprowadził go tu Wayne, który znał go z innej farmy. O 31-letnim Johnnym wiadomo tyle, że urodził się w Londynie, używa fałszywego nazwiska i ma siedmioletnią córkę, która co weekend odwiedza go tu z matką - pół-Cyganką, której rodzice sprowadzili się do Anglii z Węgier.

      Wayne powoduje stłuczkę w pobliżu miejscowego sklepu. Wjeżdża w zaparkowany samochód, po czym ucieka. Musi uciekać, bo nie ma przecież prawa jazdy. Auto ukrywa u znajomego z innej farmy.

      Każdego dnia pickerskie statystyki są takie same - najwięcej jabłek zerwał David, najmniej - Wiesiek. Wszyscy jednak wiedzą, w czym tkwi tajemnica Anglika, i coraz głośniej o tym plotkują. Nie dość, że nie zapełnia żadnej skrzyni do końca, to jeszcze połowę dobrych jabłek zostawia na drzewach. Zbiera tylko te, po które nie musi się schylać albo przedzierać między gałęziami. Najbardziej denerwuje to Wieśka i Pavela. Dobrze wiedzą, że gdyby oni zbierali w taki sposób, już dawno wylecieli by z farmy. Bo kiedy nie jesteś Anglikiem, James złośliwie wytknie ci nawet jedno niezerwane jabłko.

      Kilka lat temu na farmie pracowały dwie Ukrainki. Codziennie brały amfetaminę, dzięki czemu zbierały dwa razy więcej jabłek od pozostałych pickerów. James nie chciał ich jednak więcej widzieć, ponieważ ilość nie szła w parze z jakością. Co innego Borys - Rosjanin, który potrafił zerwać w ciągu dnia nawet dwadzieścia skrzyń dobrych jabłek, przez co stał się legendą farmy.

      Kiedy dwóch Polaków "porwało" z samochodu na parkingu pluszowego królika, było jasne, że nowa maskotka farmy musi nazywać się Borys. Do końca sezonu królik Borys zajmuje honorowe miejsce przy kuchennym stole, dzierżąc w dłoniach puszkę piwa oraz ogromnego skręta.

      Ktoś wpisuje go nawet do zeszytu ze statystykami zbiorów, przypisując pluszakowi rekordy zebranych jabłek. Żart spodobał się nawet Jamesowi. - Chcę go tu mieć na następny sezon! - śmieje się.

      Sezon się kończy. Nikt nikogo nie pobił. Tylko lustro z kuchni zniknęło. Rozbiła je kuchennym tasakiem Zdenka po tym, jak przesadziła z alkoholem i haszyszem. Czeszka wraca do domu razem z Pavelem. David samotnie wylatuje do Brazylii, gdzie zamierza ćwiczyć capoirę.

      Wszyscy planują wrócić na farmę za rok. Wiesiek postanowił nawet nauczyć się do tego czasu angielskiego.

      (Reportaż publikowany w Gazecie Wyborczej z dnia 3 lutego 2010 r.)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 lutego 2010 11:58
  • piątek, 21 sierpnia 2009
    • Burak polskim ambasadorem

      Który hotel cieszy się najlepszą opinią wśród zagranicznych turystów? Marriott w Warszawie? Grand Hotel w Sopocie? Nie - obcokrajowcy najbardziej cenią sobie pobyt w dwustuletniej oborze na Dolnym Śląsku, przebudowanej przez parę emerytów z Londynu.

      Na pierwszy rzut oka Łaziska nie różnią się od 42 tysięcy innych polskich wsi. Przy skrzyżowaniu stoi sklep spożywczy, w którym kupić można coś do chleba i papierosy jednej z pięciu dostępnych marek. Naprzeciwko sklepu droga jest nieco poszerzona, aby mógł tu zawrócić autobus, który czasami przyjeżdża z pobliskiego Bolesławca. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi biała kaplica, w której ksiądz zjawia się w każdą niedzielę.

      Psy szczekają na przyjezdnych tak, jak miały w zwyczaju czynić zawsze, a rolnicy uprawiają zboże na otaczających wieś polach tak, jak robili to ich ojcowie albo Niemcy zamieszkujący Łaziska przed wojną i nazywający je Looswitz.

      560 mieszkańców wsi ma do centrum Bolesławca 4 kilometry, do Wrocławia - aż 116, znacznie dalej niż do niemieckiej granicy oddalonej o ledwie 50 kilometrów.

      Ruina z potencjałem

      Pięć lat temu w Łaziskach wystawiono na sprzedaż budynek gospodarczy z 1779 roku - zupełną ruinę, dla której jedynym przeznaczeniem wydawała się rozbiórka i budowa na jej miejscu czegoś nowego.

      Przez wieś przejeżdżała akurat Barbara Ałaszewska, Polka od urodzenia mieszkająca w Londynie.

      - Przyjechałam tu ze znajomym antykwariuszem i chodziliśmy po budynku z latarką - mówi łamaną polszczyzną. - Od razu zakochałam się w tym miejscu i bardzo szybko je kupiłam. Dopiero potem zastanowiłam się, że nie ma tu ani prądu, ani wody, a mój mąż prosił, żebym kupiła dom, do którego można się wprowadzić od razu i w którym można zająć się agroturystyką.

      Gdy John Ałaszewski zobaczył, co kupiła żona, złapał się za głowę: - To wyglądało okropnie. Żeby zobaczyć w tym miejscu potencjał, trzeba było sporo wyobraźni. Przede wszystkim próbowałem wyobrazić sobie, ile trzeba będzie w to włożyć pieniędzy.

      Córka piłkarskiej gwiazdy

      W Londynie John pracował w firmie organizującej konferencje. Ciągle w drodze, po całej Wielkiej Brytanii, czasem po Europie, do domu wracał nocą, nie mając czasu dla siebie czy rodziny. Mimo że jest rodowitym Anglikiem - polskie nazwisko przejął po żonie - Londynu miał już dosyć. Miasto z roku na rok stawało się coraz bardziej zatłoczone, wokół sami obcy ludzie - nie o tym marzył na stare lata.

      Barbara urodziła się w Londynie. Jej rodzice wyemigrowali z Polski dwa dni przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ojciec, Mieczysław Ałaszewski, był znanym piłkarzem, grał w ŁKS-ie i Polonii Warszawa. Do dzisiaj nikt nie strzelił w ekstraklasie tylu bramek dla Polonii co on. W Anglii Barbara sprzedawała antyki.

      To dzięki swojej pracy będącej jednocześnie jej pasją dziewiętnaście lat temu trafiła na słynną ceramikę z Bolesławca.



      - Znalazłam ją w Cepelii we Wrocławiu i kupiłam tyle, ile mogłam - wspomina. - To kamionka bardzo dobrej jakości, a w Anglii jest tylko jedna firma, która produkuje coś podobnego; jej wyroby są bardzo drogie. Zaczęłam więc kontenerami sprowadzać do Anglii ceramikę z Bolesławca. Kupowały ją ode mnie największe galerie.

      Dzięki ceramice Barbara poznała Bolesławiec i wielu jego mieszkańców. W ten sposób trafiła na opuszczony budynek w Łaziskach, w którym przed wojną niemiecka rodzina Seidel trzymała zwierzęta, sprzęt gospodarczy i maszyny tkackie.

      - Wszyscy marzą, żeby na emeryturę uciec z Londynu - opowiada. - Południowa Francja jest pełna Anglików, którzy wyjeżdżają tam na stare lata i prowadzą jakieś małe biznesy. Mnie zawsze ciągnęło do Polski. Pierwszy raz przyjechałam tu w latach 60. i od tamtego czasu, w przeciwieństwie do mojego brata i siostry, często tu wracałam.

      Czytaj dalej>

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      piątek, 21 sierpnia 2009 15:22
  • niedziela, 12 lipca 2009

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny