Wpisy

  • piątek, 06 lutego 2015
  • poniedziałek, 15 grudnia 2014
    • Czternasty (cz. II)

      Druga część roku 2014 nie była tak dramatyczna i zaskakująca, jak połowa pierwsza, jednak nie można powiedzieć, że była nudna. Były sukcesy, cuda, a nawet seksafera. 

      Koniec sierpnia okazał się niezwykle istotnym czasem w historii polskiej emigracji. Do grona dwudziestomilionowej polskiej diaspory postanowił dołączyć premier Tusk, czyli Ten, Który Obiecał Zieloną Wyspę w Polsce. Wbrew złośliwym komentarzom, w trakcie swoich siedmioletnich rządów w dużej mierze udało mu się spełnić tę obietnicę. Bezrobocie w Polsce jest obecnie podobne do tego w Irlandii (w trakcie recesji Zielona Wyspa odnotowała w tej statystyce wzrost z trzech do trzynastu procent), mieszkania w Warszawie kosztują  tyle samo co w Dublinie, a kawa w warszawskiej kawiarni jest tylko nieznacznie droższa od tej w kawiarni dublińskiej. Podobieństw jest zatem wiele. Nie udało się tylko z zarobkami, ponieważ w Irlandii najniższa pensja to  w przeliczeniu na złotówki ponad 6000. Ale i tu zanotowano postęp - w 2014 r. nastąpił w Polsce wzrost minimalnego uposażenia z 1180 zł do 1237 zł i 20 groszy. Niestety, mimo tych dobrodziejstw, premier postanowił wyjechać z kraju, by na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej uczyć się angielskiego. 

      We wrześniu, a i po trosze jeszcze w sierpniu, Polska gościła najlepsze siatkarskie reprezentacje świata. Polscy siatkarze spisali się wyśmienicie pokonując m.in. Rosję i Brazylię i zdobywając ostatecznie mistrzostwo świata. Mistrzostwa okazały się dla Polski sukcesem zarówno sportowym, jak i organizacyjnym. Niektórzy organizatorzy byli do tego stopnia zaangażowani w projekt, że zostali nawet aresztowani słysząc zarzuty korupcyjne.    

      Na przełomie września i października Polacy zainteresowali się literaturą. Temat literatury pojawił się w mediach niespodziewanie. I cieszył się ogromnym zainteresowaniem. A wszystko dlatego, że życie literackie okazało się wcale nie takie drętwe, lecz emocjonujące niczym najlepsze odcinki "Niewolnicy Isaury". Tuż przed ogłoszeniem wyników nagrody literackiej Nike, krytyczka literacka i feministka Kinga Dunin, poinformowała media, że pisarz Ignacy Karpowicz, jeden z faworytów do tejże nagrody, jest jej winien 13 tys. złotych, a upomniany o zwrot pieniędzy napisał jej e-maila o treści "Spierdalaj". Następnie nominowany do nagrody pisarz poinformował media, że wcześniej został przez krytyczkę wykorzystany seksualnie. Co prawda, w jej łóżku znalazł się dobrowolnie, jednak obawiał się, że krytyczka "straci zainteresowanie nim", kiedy on odtrąci jej zaloty. Krytyczka na to odpowiedziała, że pisarz może zwrócić się do prokuratury albo do psychiatry, a następnie poinformowała, że już ze sobą nie sypiają, ponieważ ten sypia obecnie z sekretarzem nagrody Nike - Juliuszem Kurkiewiczem. Przewodniczący kapituły konkursowej Nike nie zaprzeczył tym doniesieniom, po czym przyznał, że nie wie o co ta cała awantura. Sprawą zainteresował się nawet "Super Express", dla którego wypowiedział się Michał Witkowski, pisarz, autor gejowskiej powieści "Lubiewo", który ocenił ze znawstwem, że dziwi go sytuacja, ponieważ nie dopatruje się w Ignacym Karpowiczu żadnego seksapilu.

      A w listopadzie odbyły się dwie tury wyborów samorządowych. Polska okazała się miejscem, gdzie ludzie są mocno przywiązani do ziemi i interesuje ich rozwój obszarów agrarnych, trójpolówka i uprawa trzody chlewnej, nawet jeśli mieszkają w Gdyni. PSL, prawdopodobnie dzięki wyrazistej kampanii wyborczej, w trakcie której minister rolnictwa nazwał polskich rolników frajerami, zdobył niemal 1/4 głosów w całej Polsce. Pozostałe 3/4 okazały się nieważne.    

      Łukasz Stec

      Felieton ukazał się w cyklu "Nasz świat według Łukasza Steca" publikowanym w polsko-włoskim dwutygodniku "Nasz Świat" (nr 22/2014)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 grudnia 2014 02:03
  • wtorek, 02 grudnia 2014
    • Czternasty (cz. I)

      Jego dni zostały już policzone. Powoli zaczyna dogorywać.  Nie powinien nas niczym więcej zaskoczyć. Może nadszedł zatem czas by pochylić się nad tym grudniowym staruszkiem i przypomnieć sobie jaki był ten 2014 r. i jak zapamiętają go Polacy. A szybko go chyba nie zapomną...

      Jak każdy inny, tak i ten rok, rozpoczął się dla Polski temperaturami poniżej 0 st. Celsjusza. Zima w styczniu ponownie zaskoczyła drogowców, tak jak i zaskoczyła Polskie Koleje Państwowe. Na torach pojawił się, jak to kiedyś określił w telewizji pewien pan policjant - "biały nalot pospolicie zwany śniegiem", który przyczynił się do rekordowych opóźnień pociągów. Z odsieczą ruszyła minister infrastruktury i rozwoju Elżbieta Bieńkowska, która poddała sytuację na kolei głębokiej analizie zwieńczonej raportem zatytułowanym "Sorry, taki mamy klimat". 

      W lutym u jednego z sąsiadów Polski rozpoczęła się zimowa olimpiada. Jak to bywa z gospodarzami igrzysk olimpijskich - wybrano nań kraj miłujący pokój, wolność i demokrację. W tym samym czasie, u naszego wspólnego sąsiada, podzielający powyższe wartości władca rozkazał snajperom strzelać z dachów do demonstrantów zgromadzonym na wielkim placu i protestującym przeciwko wycofaniu się ich kraju ze starań dołączenia do UE. Oddziały specjalne zamordowały sto osób. Politycy całej Europy wyrazili zaniepokojenie. Następnie ich uwaga powróciła na olimpijskie zmagania łyżwiarzy figurowych.   

      Tuż po zakończeniu zmagań bobsleistów i saneczkarzy na Krymie pojawili się Marsjanie, nazywani czasami "zielonymi ludzikami". Siłą perswazji i uroku osobistego przejęli półwysep. Następnie, w imię intergalaktycznej równowagi, przekazali go Rosji, po czym odlecieli na swoją planetę. Politycy całej Europy wyrazili zaniepokojenie. NASA także. 

      Wiosną Saska Kępa znów zapachniała, a na obchody 25-lecia obalenia komunizmu w Polsce przybył Barack Obama, stwierdzając, że tego dnia Polska jest stolicą całego wolnego świata. Dokładnie 10 dni później stolica ta okazała się "kamieni kupą". Tak przynajmniej określili ją rządzący politycy na taśmach tygodnika "Wprost". Na nagraniach dokonanych w dwóch warszawskich restauracjach Polacy usłyszeli m.in. to, że z ich pieniędzy "pod stołem" dotowane są prywatne, zagraniczne linie lotnicze, po to by utrzymać ruch na "ch... wie komu potrzebnym" lotnisku w Łodzi, to, że premier mógł wiedzieć o piramidzie finansowej Amber Gold  dużo wcześniej niż opinia publiczna, to, że jeden z ministrów chciał zniwelować deficyt budżetowy pieniędzmi NBP, czy to, że ktoś mógł wykupić dług Zbigniewa Religi, by ten wycofał się z kandydowania w wyborach prezydenckich, a ceny benzyny mają być niższe tylko przed wyborami. Ulubionym utworem literackim szefa polskiej dyplomacji okazał się natomiast poemat "Blowjob for America" nawiązujący stylistyką do przedwojennego ruchu négritude powszechnie znanego w Polsce jako murzyńskość. Rządzący politycy nie wyrazili zaniepokojenia.  

      Tymczasem Niemcy zdobyli mistrzostwo świata w piłce nożnej i można by rzec, że znowu wszyscy grają, a wygrywają Niemcy, gdyby nie fakt, że na mundialu w Brazylii zabrakło reprezentacji Polski. Trzy miesiące po zdobyciu złota przez naszych zachodnich sąsiadów Polska pokonała bowiem nowych mistrzów świata 2:0. Było to pierwsze zwycięstwo polskich piłkarzy nad niemieckimi od czasów bitwy pod Cedynią. 

      Krótko po zakończeniu mistrzostw świata, pasażerski samolot lecący z Holandii do Malezji został zestrzelony przez terrorystów z Donbasu. Zginęło niemal trzysta osób pochodzących z dziewięciu krajów.  Politycy całej Europy wyrazili zaniepokojenie. 

      Łukasz Stec

      Felieton ukazał się w cyklu "Nasz świat według Łukasza Steca" publikowanym w polsko-włoskim dwutygodniku "Nasz Świat" (nr 21/2014)

      

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 grudnia 2014 16:43
  • poniedziałek, 17 listopada 2014
    • Kij i marchewka

      Czy nie-emigranci mogą zrozumieć emigrantów? Czy polskie myślenie o emigracji zawsze będzie mieć cechy systemu zero-jedynkowego, w którym te dwie cyfry wiążą się albo ze zmywakiem, albo z milionem dolarów?

      W 2008 r. na ekranach polskich kin pojawił się film "Lejdis" Tomasza Koneckiego. Jedyna scena z tej produkcji, jaka utkwiła mi w pamięci to fragment, kiedy jedna z bohaterek poznając pewnego mężczyznę dowiaduje się, że ten przez kilka lat mieszkał w Londynie, pyta go z lekką pogardą w głosie "zmywak?". Jej rozmówca pracował w Anglii jako grafik komputerowy, a sama scena dość wyraziście przedstawiała jedną z dwóch dominujących percepcji emigracji w Polsce. To podejście, w którym emigracja wiąże się wyłącznie z takimi słowami jak "zmywak", "porażka", "ucieczka", "nieudacznik". Tu emigrantem może być tylko osobą, której "nie wyszło" w płynącej mlekiem i miodem krainie nad Wisłą, przez co zmuszona była wyjechać do kraju obcego i okropnego, w którym zresztą nie mieszka tylko "siedzi". Na gruncie semantycznym bardzo często stosowane wyrażenia typu "Tomek siedzi w Londynie", "Anka siedzi w Stanach" są ciekawe, choć proste w interpretacji, w dość wyrazisty sposób wiążąc emigrację z czymś na co jest się skazanym, czymś czego doświadcza się za karę, lub mówiąc wprost - z więzieniem.

      W ten nurt wpisać można również swego czasu bardzo popularny w polskich mediach temat "eurosieroctwa". Socjolodzy szybko określili go mianem siania paniki moralnej, czyli generalizowania pewnych pojedynczych przypadków, a następnie ich wyolbrzymiania. Termin ten powstał w latach 70-tych w Wielkiej Brytanii, kiedy to brytyjskie media nagłaśniały i demonizowały niszowy konflikt subkultury rockersów z subkulturą modsów, a sprawę wyolbrzymiono tak bardzo, że w społeczeństwie pojawiła się niechęć i lęk w stosunku do wszystkich ruchów młodzieżowych, mniejszości czy mniej znanych ugrupowań społecznych i politycznych.
       
      Istnienie tego silnego nurtu percepcji emigracji nie może dziwić. Przyczyn jego pojawienia się można szukać zarówno na gruncie psychologicznym, jak i społeczno-politycznym. Uprawiające przez ostatnie lata propagandę sukcesu media w Polsce zupełnie przestały rzeczywistość opisywać, tworząc ją najzwyczajniej na nowo. Za przykład może tu posłużyć materiał "informujący" użytkowników pewnego bardzo popularnego portalu o tym, że w krakowskich hotelach i hostelach można zarobić więcej niż w ich odpowiednikach w Dublinie. Tak skrajne naginanie rzeczywistości, powtarzane wielokrotnie, może wywołać pewne reakcje i formować pewne postawy. Tymczasem osobiście znałem pracowników tej branży zarówno w Dublinie jak i w Krakowie. Zwykły recepcjonista w Dublinie zarabiał około 7 tys. złotych, natomiast manager hostelu w Grodzie Kraka - 900 złotych na umowę zlecenie. Trzeba zatem posiadać niezwykłą wyobraźnię lub podstawy jakiejś równoległej, alternatywnej matematyki, by sytuację tę przedstawić dokładnie odwrotnie.

      Równie absurdalne motywy pojawiały się w ramach rządowych akcji mających skłonić emigrantów do powrotu nad Wisłę (jak mniemam, głównie po to, by za zarobione za granicą pieniądze założyć w Polsce firmę i tym samym wesprzeć upadający ZUS). Jednym z głównych punktów programu było porównywanie cen różnych produktów w Polsce i w Londynie. W zapomnienie poszły kwestie zarobków, nie mówiąc o kulturze pracy czy relacji pracodawca-pracownik. Mało tego, zapomniano, że w Polsce droższa jest chociażby odzież, samochody, komputery czy sprzęt RTV. Nagle atutem Polski miała być niższa niż w Anglii cena... marchewki. W sam raz kiedy nie da się kijem.

      Podobnie było w przypadku przedstawiania kryzysu w Europie Zachodniej. Obecnie temat przestał już być w Polsce tak popularny, jednak sposób prezentowania go przez  długi czas trwale uformował przekonania części mieszkańców kraju. Przekonania, w których to Polska jest krajem stabilnym, konsekwentnie zmierzającym ku arkadyjskiej szczęśliwości, a Europa Zachodnia to ziemia niepewna, targana wewnętrznymi konfliktami z mniejszościami etnicznymi spoza kontynentu i szamocząca się z upiornym kryzysem ekonomicznym.

      O ile dostrzegam jeszcze istnienie przekonań o przerażającym życiu na obczyźnie, tak nie wiem tylko czy ktokolwiek jeszcze wierzy w istniejącą w Polsce Arkadię, czy choćby nawet normalność tego miejsca. Tu po prostu ludzie tak przyzwyczaili się do życia w kryzysie, że nawet nie zwracają już na niego uwagi. Od 1939 roku było wystarczająco dużo czasu.

      Felieton ukazał się w cyklu "Nasz świat według Łukasza Steca" publikowanym w polsko-włoskim dwutygodniku "Nasz Świat" (nr 20/2014) oraz na stronie kwartalnika "Nowy Obywatel".

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 listopada 2014 14:19
  • wtorek, 04 listopada 2014
    • Sen o zamkniętych drzwiach

      Polacy uwielbiają zamknięte osiedla. Podobno w ich liczbie dorównujemy już Rosji, Turcji i Kolumbii, a kto wie czy za kilka lat Polska nie zbliżymy się do światowego lidera tego typu mieszkalnictwa - Republiki Południowej Afryki. Rzecz, która jest niemal zupełnie nieznana w znacznej części Europy - w Polsce stała się normą. 

      Swego czasu miałem okazję gościć w Areszcie Śledczym Warszawa-Służew. Jako dziennikarz, nie jako pensjonariusz. To co najbardziej zainteresowało mnie w tym miejscu, to jego podobieństwo do większości nowoczesnych osiedli. Ta sama architektura, te same pastelowe kolory, ciasna zabudowa, ten sam skrawek równo przystrzyżonego trawnika. Do tego wysoki mur i nieco niższy strażnik. 

      Mieszkańcy zamkniętych osiedli twierdzą, że wybierają je z potrzeby bezpieczeństwa. Wyniki badań socjologicznych wykazują tu jednak dosyć ciekawą prawidłowość. Po zamieszkaniu na strzeżonym osiedlu, jego mieszkańcy o swoje bezpieczeństwo boją się... jeszcze bardziej. Może jednak motywacja była zupełnie inna? 

      Tymczasem kampania przed wyborami samorządowymi w Polsce rozwija się na dobre. "Wiadomości" TVP w jednym ze swoich materiałów przedstawiły więc jednego z kandydatów na radnego Warszawy. Był nim Ngo Van Tuong - Wietnamczyk mieszkający w Polsce od 31 lat. Ngo jest członkiem prezydium Komisji Społecznego Dialogu ds. Cudzoziemców przy Centrum Komunikacji Społecznej Urzędu m.st. Warszawy, jest aktywistą społecznym i kulturalnym, redaktorem jednej z opozycyjnych gazet w Wietnamie oraz portalu Kontynent Warszawa. Współpracuje również z Międzynarodową Organizacją ds. Migracji IOM. Żadna z tych informacji nie pojawia się jednak w telewizyjnym materiale. Reporter wiadomości pokazuje natomiast przepełnione rowerami ulicy Hanoi i żartobliwie pyta się kandydata na radnego czy zamierza wprowadzić do Warszawy rozwiązania komunikacyjne z Wietnamu. W rozmowie z Ngo dziennikarz stwierdza, że roślinność w Warszawie jest inna niż w Hanoi, zastanawia się jak zapisać nazwisko Ngo, następnie głos "z offu" informuje widzów, że kandydat podchodzi do sprawowania władzy bardzo poważnie, a ilustracją tych słów jest obraz Wietnamczyka zwijającego się ze śmiechu. Na koniec materiału telewizyjny reporter wynajduje na warszawskiej ulicy przypadkowego Wietnamczyka, któremu pokazuje zdjęcie Ngo i prosi przechodnia, by na podstawie fotografii stwierdził czy kandydat się "nada". 

      Całość telewizyjnego materiału została przedstawiona w żartobliwej, w założeniu redaktorów - sympatycznej konwencji. Konwencji raczej niespotykanej w przypadku prezentowania kandydatów uznawanych przez media za "poważnych". Pytanie - co skłoniło dziennikarzy, by uznać tego akurat kandydata za "niepoważnego"? Dlaczego kandydat udzielający się społecznie, współpracujący z wieloma organizacjami i publikujący swoje teksty w mediach w dwóch różnych krajach jest "niepoważny"? 

      Czy na twarzach redaktorów TVP widniałyby te same uśmiechy, gdyby mówili o materiale CNN prezentującym działającego od kilkudziesięciu lat w USA polskiego społecznika i dziennikarza kandydującego do rady miasta Nowy Jork, a materiał CNN prezentowałby rozważania jak zapisać dziwnie brzmiące polskie nazwisko, reporter dobrotliwie informowałby kandydata, że w Nowym Jorku nie rosną topole, a na koniec pokazywał istniejącą w Warszawie jedną linię metra z pytaniem "czy to rozwiązanie komunikacyjne zamierza pan przenieść do Nowego Jorku"?

      Felieton ukazał się w cyklu "Nasz świat według Łukasza Steca" publikowanym w polsko-włoskim dwutygodniku "Nasz Świat" (nr 19/2014)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 listopada 2014 22:34
  • sobota, 25 października 2014
  • wtorek, 12 sierpnia 2014
    • Nowi Irlandczycy

      Choć Irlandia czas niespotykanego wzrostu gospodarczego ma już za sobą, mieszka tam nadal około 130 tysięcy Polaków. Mówią, że dzięki życiu na Zielonej Wyspie stali się bardziej otwarci, tolerancyjni i spokojni.

      Pierwsza rzecz w Dublinie na jaką niemal każdy zwraca uwagę to brak pośpiechu. Szczególnie gdy przyjeżdża się tu z Warszawy w zdziwienie wprawia tłum ludzi niczym turyści spokojnie kroczący głównymi ulicami: O'Connell i Grafton. Wśród jadących samochodów nie sposób usłyszeć dźwięk klaksonu, a kierowcy jeżdżą na tyle uważnie, że odsetek śmiertelnych wypadków na irlandzkich drogach jest jednym z najniższych w Europie. Dziwi też wszechobecne "casual talk", czyli niezobowiązujące rozmowy z nieznajomymi - najczęściej zaczynające się od opisu stanu pogody i kończące się tak szybko jak przelotne opady deszczu. A wszystko to w stolicy kraju, w mieście liczącym ponad milion mieszkańców, będącym główną europejską siedzibą wielkich korporacji, takich jak Microsoft, Google, PayPal, eBay czy Facebook.

      Kraj bez UKiP          
      Choć często zjawisko polskiej migracji do Anglii i do Irlandii traktuje się jako tożsame, tak jak i w podobny sposób odbiera się te bliskie geograficznie kraje, od sąsiedniej wyspy różni się Irlandia również innym, znacznie istotniejszym niż wspomniany brak pośpiechu czynnikiem: mieszkańcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do przyjeżdżających na wyspę obcokrajowców. Irlandzkiej otwartości na imigrantów należy doszukiwać się przede wszystkim w historii kraju. Przez większą jej część Irlandia była właśnie krajem "wysyłającym", o czym najlepiej świadczy fakt, że dziś poza jej granicami żyje ponad 70 milionów osób o irlandzkich korzeniach (przy ledwo 4 milionach Irlandczyków zamieszkujących Republikę Irlandii). Niemal każdy mieszkaniec Zielonej Wyspy ma bliższych lub dalszych krewnych poza granicami kraju - głównie w Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie i Australii. To przede wszystkim tu należy doszukiwać się źródła różnic między nastawieniem do imigrantów w prowadzącej przez lata kolonialną politykę Anglią, a niewielką Irlandią, krajem okupowanym przez 800 lat, z którego większość mieszkańców wyjeżdżała z powodu dotkliwej biedy. To dzięki bolesnym historycznym doświadczeniom Irlandczycy potrafią życzliwie spojrzeć na przybywających na wyspę imigrantów, widząc w nich odbicie samych siebie.  

       
      - Różnice między Wielką Brytanią a Irlandią są tu bardzo ciekawe - przyznaje dr John O'Brennan, socjolog z National University of Ireland Maynooth. - W Irlandii nie ma partii podobnej do UKiP i nic nie zapowiada, by mogła taka powstać. Nie widać tu bowiem sprzeciwu wobec imigrantów z Polski, a raczej uznanie dla wkładu jaki włożyli w rozwój irlandzkiego społeczeństwa. Pocieszające jest to, że w samym środku ogromnej recesji gospodarczej nie zrealizowała się "pokusa", by obwiniać o wszystko cudzoziemców.  Irlandzki system wyborczy sprzyja rozwojowi partii ksenofobicznych z powodu braku progu wyborczego, natomiast system wyborczy Wielkiej Brytanii sprawia, że małym partiom znacznie trudniej jest się rozwinąć. To jednak w Wielkiej Brytanii doszło do tego, że UKiP zajęła pierwsze miejsce w tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Brak ksenofobii w Irlandii może mieć związek z naszymi historycznymi i obecnymi doświadczeniami w byciu emigrantami i tym, że każdy Irlandczyk albo mieszkał poza Irlandią w przeszłości albo przynajmniej ma kogoś w rodzinie kto mieszka za granicą. Sam mieszkałem w Australii, Wielkiej Brytanii, Francji i Bułgarii...

      Irlandia przez kilkanaście lat była krajem dla imigrantów bardzo atrakcyjnym z wielu względów. Na miejscu spotykali się z wielką przychylnością zarówno ze strony polityków, jak i obywateli, w życiu codziennym czekał ich natomiast bardzo atrakcyjny styl życia. Oczywiście, niemal nikt by tu nie przyjeżdżał, gdyby nie czynnik ekonomiczny. Od połowy lat 90-tych ubiegłego wieku do roku 2007 w Irlandii miał miejsce ogromny wzrost gospodarczy, dzięki któremu imigranci byli w kraju wręcz potrzebni. Z czasem gospodarcze prosperity coraz bardziej zwiększało to zapotrzebowanie, ponieważ pojawił się schemat, w którym Irlandczycy masowo brali kredyty na zakup kolejnych nieruchomości, będących najpierw budowanych przez imigrantów, a następnie przez nich wynajmowanych. Oprócz czynnika kulturowego pojawił się zatem także aspekt ekonomiczny irlandzkiej otwartości ma obcokrajowców.

      Szok kulturowy       
      Ledwo w trakcie dekady Irlandia przebyła drogę od kraju mocno zaściankowego do społeczeństwa multikulturowego, w którym swoje miejsce znalazło ponad pół miliona imigrantów. Aby uzmysłowić sobie skalę tej zmiany wystarczy przeliczyć ten wskaźnik na polskie warunki, co dałoby około pięć milionów obcokrajowców, którzy w ciągu dziesięciu lat osiedliby nad Wisłą. I choć ekonomiczne realia Irlandii bardzo zmieniły się w ciągu ostatnich sześciu lat, gdy panowała tam gospodarcza recesja, na wyspie pozostało około 130 tys. Polaków (z 250 tys. w roku 2007) i nadal przybywają kolejni imigranci - tym razem głównie z Brazylii, Hiszpanii i Włoch. A wszystko to w czasie, w którym Zieloną Wyspę opuściło kolejne 300 tys. Irlandczyków.

      Multikulturowość Irlandii mocno podkreśla Daniel Żuchowski, mieszkający w Dublinie od 2007 r. Spotyka się z nią na co dzień, nie tylko podczas pracy nauczyciela angielskiego w szkole języków obcych. Na początku tego roku irlandzkie wydawnictwo wydało jego zbiór opowiadań "The New Dubliners". Książkę napisał w języku angielskim i nie planuje jej tłumaczyć na polski, mówiąc, że większość Polaków w Irlandii dobrze zna język Szekspira. - Ludzie tu mieszkający, a w szczególności imigranci, zdają się nie traktować innych przyjezdnych w kategoriach "kto skąd jest" – zauważa Żuchowski. - Irlandia, a zwłaszcza Dublin, jest tak wielokulturowym miejscem, że po prostu nie zwraca się tu uwagi na takie rzeczy jak kraj pochodzenia. Pewne wartości muszą się więc uniwersalizować. Dla mnie najważniejszymi wartościami są wolność i tolerancja, dlatego tak dobrze mi się tu żyje. Irlandia jest jednym z najbardziej otwartych na inność krajów, dającym swoim mieszkańcom bardzo dużą wolność osobistą. Patrząc na różne kultury, które za nowy dom wybrały sobie Irlandię, głównie na przybyszy z państw o największych ograniczeniach wolności, widoczne jest pewne rozluźnienie wrodzonych wręcz ograniczeń, jak i większa otwartość na człowieka. Wielu potrafi sie tu ocknąć i stwierdzić, że da się żyć inaczej. O tym właśnie też jest książka, którą napisałem. Często w historiach które opowiadam, a wszystkie są historiami prawdziwymi, nie mówię o narodowości bohaterów. Służy to właśnie temu, aby pokazać, że w żadnym stopniu taka wiedza nie wpłynęłaby na przebieg opowiadanej historii, czy postrzeganie pewnych uniwersalnych wartości.

      Równolegle do postępującego uniwersalizmu kulturowego i wtapiania się w społeczeństwo multikulturowe od kilku lat zaobserwować można zdecydowany wzrost postaw patriotycznych wśród irlandzkiej Polonii. Jest to zjawisko względnie nowe, a za jego początek uznaje się 2010 rok i wydarzenia, jakie miały miejsce po katastrofie smoleńskiej. - Można zaobserwować lawinowy wzrost postaw patriotycznych, również u osób które uprzednio publicznie odżegnywały się od jakichkolwiek zachowań tego typu – mówi Piotr Słotwiński, polonijny bloger od 2004 r. mieszkający w Cork. - Nie są to tylko zwykłe deklaracje, ponieważ wraz z nimi następuje ich swoiste zinstytucjonalizowanie. Nawet w stosunkowo niewielkim Cork, oprócz dotychczas działających organizacji polonijnych, w ostatnim czasie spontanicznie powstały takie stowarzyszenia jak Polski Klub Patriotyczny, Narodowy Front Emigrantów czy Ruch Narodowy - Cork. Coraz większego znaczenia nabiera również działalność lokalnego oddziału Niepoprawnego Radia, które jest organizatorem sporej części spotkań zapraszanych z Polski osób zaangażowanych politycznie, a same spotkania gromadzą stale rosnącą ilość uczestników. 

      To na co zwraca uwagę najwięcej imigrantów z Polski to jednak przyswajanie wartości oraz codziennych zachowań od Irlandczyków. - Polacy wiele czerpią z irlandzkiej kultury – przyznaje Barnaba Dorda, pracownik irlandzkiego związku zawodowego SIPTU. - Stają się bardziej otwarci, pozytywnie nastawieni do innych, częściej wychodzą z domu, by spotkać się z przyjaciółmi. Natomiast życzliwe podejście większości Irlandczyków jest wręcz ujmujące. Sam miałem niedawno przypadek, kiedy wpadłem niechcący na irlandzkiego dresiarza. Ten pierwszy grzecznie przeprosił, podczas gdy ja zdążyłem cofnąć się w przerażeniu i dopiero próbowałem złożyć usta do moich przeprosin.     
                 
      Pod względem poziomu codziennych relacji międzyludzkich i pełnego szacunku podejścia do drugiego człowieka Irlandia różni się od Polski tak bardzo, że większość Polaków wracając nad Wisłę choćby na kilka dni mówi, że przeżywa szok kulturowy. Ma to w dużej mierze związek z pewnym zjawiskiem charakterystycznym dla emigrantów - wyjeżdżając do obcego kraju spodziewają się szoku kulturowego i są na niego przygotowani. Ten mechanizm nie działa jednak w drugą stronę, podczas powrotów na stałe lub nawet krótkich wizyt. Wówczas rzadko uwzględnia się to, że w człowieku zaszły pewne zmiany pod wpływem innej kultury, myśląc raczej o tym, że jedzie się przecież do swojego ojczystego kraju. Podczas reemigracji lub krótkich wizyt w Polsce emigranci zaczynają znacznie wyraźniej dostrzegać brak typowej dla Irlandii serdeczności w kontaktach z obcymi ludźmi - w sklepie, na lotnisku, ulicy. Jeden z moich rozmówców określił nawet ten polski stan słowem "szczękościsk".

      Istnienie szoku kulturowego po powrocie do Polski potwierdza również o. dr Marcin Lisak - dominikanin, w latach 2006-2010 duszpasterz irlandzkiej Polonii, doktor socjologii zajmujący się badaniami nad emigracją. Zjawisko to ilustruje historią znajomego studenta, który powrócił z Irlandii do Polski. - Opowiedział mi kiedyś jak w pewnym małym polskim miasteczku widział Azjatów próbujących zagadnąć po polsku przechodniów i o coś zapytać. Ludzie śmiali się z nich, traktując jak obcych. Dla tego studenta był to szok, ponieważ sam poznał już to, że świat jest różnorodny. Jest w tym też pewne poczucie solidarności. Gdy kiedyś samemu było się gdzieś przybyszem, inaczej patrzy się na tych, którzy w Polsce są przybyszami i bardziej docenia się ich wysiłki.

      Bezpośredniość        
      Otwartość i swobodny styl bycia Irlandczyków przekładają sie również na stosunki panujące w życiu zawodowym oraz relacje przełożony-podwładny. Dominuje styl nieformalny, a sprawą drugorzędną są struktury i hierarchie pracowników. Za przykład może posłużyć choćby moja rozmowa z dr. O’Brennanem, który bardzo szybko poprosił mnie bym zwracał się do niego po imieniu, a nie za pomocą jego tytułu naukowego. - Jesteśmy bardzo nieformalni, nawet w środowisku uniwersyteckim – wyjaśnia irlandzki wykładowca. – Ma to swoje źródło w tym, że przez długi czas byliśmy tak biedni, że w przeciwieństwie do naszych angielskich sąsiadów nie wytworzył się tu system klasowy.

      O. dr Lisak zauważył tę bezpośredniość kontaktów nawet w przypadku urzędującego ministra integracji i innych pracowników rządu, z którymi miał styczność. – Minister podczas oficjalnych spotkań był jak człowiek z sąsiedztwa - wspomina dominikanin. – W Polsce przeciętny burmistrz zachowuje większy dystans do innych. W Irlandii łatwość kontaktów z przełożonymi jest dużo łatwiejsza, ponieważ panuje ogólne przekonanie, że wszyscy jesteśmy wielką rodziną. W Polsce dominuje styl formalno-prawny, czyli kultura wzmagająca stratyfikację społeczną. 

      Lisak zauważa, że na taki stan rzeczy wpływ miały przede wszystkim historyczne różnice w panujących systemach prawa. Zarówno w przypadku Polski jak i Irlandii swój największy ślad odcisnęły kraje, pod których dominacją się znajdowały. W polskim systemie najbardziej widoczny jest formalno-prawny komponent pruski z elementem absolutyzmu. Ranga przepisów i zasad wzmaga stratyfikację społeczną i powstawanie chociażby klasy wysokich menedżerów. Im bardziej coś jest zależne od menedżera, tym bardziej wzrasta jego pozycja, a ten chcąc utwierdzić się w hierarchii przyjmuje to jako sposób relacji interpersonalnych. Na Irlandię największy wpływ miał natomiast brytyjski system prawa, nie będący systemem poszczególnych przepisów, lecz prawem zwyczajowym (common law), w którym najważniejsze były zwyczaje powszechnie uznane przez społeczeństwo. Dodatkowym czynnikiem jest tu irlandzki element antysystemowy powstały na skutek buntu przeciw brytyjskiej okupacji, w tym i przeciwko brytyjskiemu systemowi prawa.

      Te dwa zupełnie inne w swoich założeniach systemy prawa w naturalny sposób wytworzyły olbrzymie różnice w funkcjonowaniu społeczeństw oraz relacjach międzyludzkich. Polscy imigranci w Irlandii łatwo odnaleźli swoje miejsce w tym obcym z początku systemie, chwaląc m.in. brak biurokracji, łatwość nawiązywania relacji interpersonalnych między osobami na różnych stanowiskach czy duży wpływ jednostki na sprawy publiczne.     

       - Polacy w Irlandii przekonali się, że europejskie standardy pracy to nie tylko lepsze zarobki, ale też kultura w relacjach przełożony-podwładny – mówi Magdalena Orzeł mieszkająca obecnie w Polsce autorka książki „Dublin. Moja polska karma”. - Życie w Irlandii nauczyło mnie obywatelskiego spojrzenia na politykę, tego że państwo jest dla mnie, a nie ja dla państwa. Osoby wracające do Polski z doświadczeniami emigracyjnymi, mają już inne oczekiwania, wyobrażenie i marzenia, niż te które wypchnęły je "za chlebem" na obczyznę. Polacy nauczyli się w Irlandii otwartości i tolerancji, nie w deklaracjach, lecz w codziennym życiu. Sami raczej niczego pozytywnego w sferze wartości do Irlandii nie przywieźli. Ja również nie czuję, żebym mogła coś w tej sferze przekazać Irlandczykom, raczej to ja dostałam. Oczywiście, wielu Polakom tam mieszkającym wydaje się, że wnoszą bardzo wiele, ponieważ mają na przykład bogatsze tradycje religijne. 

      Starsi Irlandczycy, szczególnie w mniejszych miejscowościach, często podziwiają religijność Polaków. Ci jednak i pod tym względem przejmują zwyczaje mieszkańców wyspy, której kościoły coraz bardziej świecą pustkami. Na msze do polskojęzycznego duszpasterstwa uczęszcza regularnie mniej niż 10 procent polskich imigrantów. Jeszcze mniej pojawia się na nabożeństwach prowadzonych przez irlandzkich księży. – Emigracja sprawia, że jest to religijność z wyboru – przyznaje o. dr Lisak. – Nie ma tu miejsca na presję społeczną czy przyzwyczajenia. Do kościoła chodzą ci, którzy to wybierają.

      Ślad w życiu Irlandczyków pozostawiają natomiast Polacy na płaszczyźnie obyczajów związanych ze świętami. Dopiero pod wpływem polskich imigrantów stopniowo zaczęli świętować wigilię Bożego Narodzenia, wcześniej obchodząc wyłącznie dwa dni świąteczne. - Wszyscy moi znajomi Irlandczycy wiedzą o polskim dniu dziecka, lanym poniedziałku i tłustym czwartku – mówi Marlena Murphy, Polka pracująca w East Coast Radio. - Moja niesamowita irlandzka rodzina Murphy'ch i Sheehy'ch świętuje polskie tradycje razem ze mną. Są prezenty pod choinką w Wigilię, jest i poranek świąteczny. W drodze jest maleństwo, które z pewnością będzie dwujęzyczne i biegłe w tradycjach obu krajów.

      Drugie pokolenie     
      Warto w tym miejscu zaznaczyć pewne zjawisko, które niemal zupełnie umknęło uwadze polskich mediów – pojawianiu się drugiego pokolenia polskiej emigracji „poakcesyjnej” w Irlandii Część polskich mediów zachłysnęła się łatwym i efektownym tematem tzw. eurosierot, co socjolodzy określili mianem siania paniki moralnej, czyli generalizowania pewnych pojedynczych przypadków, a następnie ich wyolbrzymiania. W rzeczywistości skala tzw. eurosieroctwa to bardzo niewielki odsetek, a większość tego typu przypadków przestała istnieć już na początku irlandzkiej recesji gospodarczej. Wówczas nastąpił proces unifikacji rodzin, które decydowały się na wspólne przeniesienie do Irlandii lub do Polski. W Irlandii pojawiło się natomiast nowe pokolenie Polaków (część urodzona już na wyspie, część przeniosła się tu z rodzicami w bardzo młodym wieku), które jest bardzo mocno zintegrowane z irlandzką społecznością, przede wszystkim dzięki uczestnictwu w miejscowym systemie edukacji. Za ciekawostkę mogą posłużyć historie o tym jak polskie dzieci uczące się w Irlandii chcąc zachować swoje sekrety bądź ukryć coś przez rodzicami mówią między sobą po irlandzku. Językoznawca i literaturoznawca
      Mícheál Ó hAodha ubolewając na łamach „The Irish Times” nad bardzo małą liczbą nowych powieści ukazujących się w języku irlandzkim swój tekst rozpoczął następująco: „Pewnego dnia rozmawiałem z mężczyzną z Polski. Jego żona jest Irlandką. Jego dzieci uczęszczają do Gaelscoil (szkoła z lekcjami w języku irlandzkim). Mówią po polsku, angielsku i irlandzku. Są Europejczykami w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu (...). Poruszają się z łatwością między wieloma środowiskami i kulturami”.

      Język narodowy jest czymś czego wielu Irlandczyków zazdrości Polakom, podkreślając, że zachowaliśmy swoją ojczystą mowę nawet mimo zaborów. Osiem wieków okupacji angielskiej przyniosło bowiem niemal całkowite zmarginalizowanie języka irlandzkiego, którym na co dzień posługuje się obecnie ok. 77 tys. osób, głównie mieszkańców małych miejscowości na zachodnim wybrzeżu. Irlandzki jest jednak oficjalnym językiem urzędowym (obok angielskiego) i jest powszechnie nauczany w miejscowych szkołach. Tu jednak bardzo często dzieci irlandzkie i polskie poznają go w ten sam sposób, czyli jako zupełnie nowy język.

      Polaków coraz częściej można dostrzec nie tylko w irlandzkich szkołach podstawowych i średnich, ale i na miejscowych uniwersytetach. - Dziesięć lat temu Polacy na irlandzkich uniwersytetach byli rzadkością, teraz jest to całkiem powszechne – zauważa dr O’Brennan. – Moją najlepszą studentką na studiach licencjackich z europeistyki jest Polka Daria Jankiel. Przyjechała tu ze swoimi rodzicami, gdy miała 12 lat. Reprezentuje pokolenie młodych ludzi z polskich rodzin, którzy większość swojego życia spędzili już w Irlandii.

      Najlepiej wykształceni emigranci  
      Z przeprowadzonego w 2006 r. spisu powszechnego wynikało, że ówczesna średnia wieku Polaków w Irlandii wynosiła 27,5 lat. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że średnia ta zapewne się podniosła mówimy tu o emigracji bardzo młodej i to pod dwoma względami – wieku jej uczestników, jak i bardzo krótkiego okresu jej istnienia. O ile z punktu widzenia historii polskich migracji jest to okres bardzo krótki, tak z perspektywy jednostek rzecz może się przedstawiać zupełnie inaczej.

      - Zostały trzy miesiące do celebrowania 10-lecia od czasu opuszczenia Śląska i zacumowaniu na Zielonej Wyspie – mówi pracująca w sektorze NGO Agnieszka Leschik. - To jedna trzecia mojego życia, okres stawania sie dorosłym, choć często wydaje mi się, że nigdy nie dorosnę. I to chyba jedna z wartości, którą nabyłam mieszkając w Irlandii: twoje życie nie musi być standardowe, zaplanowane, odpowiedzialne, dalej możesz mieć tę cząstkę dziecka w sobie, a nawet ją kultywować i pielęgnować, dalej możesz być tym niepoprawnym marzycielem i optymistą, gdyż tutejsze społeczeństwo za bardzo nie ma czasu by mieszać się w twoje sprawy.

      Charakterystyczny dla polskiej emigracji w Irlandii jest zarówno jej młody wiek (głównie osoby urodzone w latach 70-tych i 80-tych), ale też jej wysoki poziom wykształcenia (z badań Narodowego Banku Polskiego wynika, że jest to najlepiej wykształcona Polonia spośród wszystkich krajów będących popularnymi kierunkami migracji po 2004 r.). Te dwa czynniki w naturalny sposób przyczyniły się do wysokiego stopnia otwartości zarówno na irlandzką kulturę, miejscowy styl życia, jak i przyswajanie pewnych uniwersalnych wartości pojawiających się w społeczeństwie wielokulturowym.

      - Fakt, że z Polski wyjechało tyle osób często traktuje się jak tragedię – zauważa o. dr Lisak. – Jest to myślenie w kategoriach etnocentrycznych. Brakuje podejścia mówiącego, że emigracja jest dla dobra jednostek. To, że te jednostki wyjechały nie oznacza, że są ofiarami. Można powiedzieć, że były ofiarami tego, że w Polsce nie ma perspektyw, jednak wyjeżdżając wyzwalają się z bycia ofiarą. To brak migracji byłby oznaką poddania się. Warto zauważyć, że nie jest to jednak migracja „za chlebem”, tak jak to miało miejsce w XIX w. To migracja za czymś jeszcze, czymś „do chleba”. Wyjechali ci, którzy w Polsce jakoś żyli, jednak było to dla nich życie niewystarczające, nieadekwatne i chcieli czegoś więcej.

      Część Polaków mieszkających w Irlandii traktuje Zieloną Wyspę jako przystanek w swojej dalszej życiowej drodze. Wiele osób już przeniosło się stąd do Kanady lub Australii, poniekąd idąc wydeptanymi przez dziesięciolecia drogami migracyjnymi Irlandczyków i nieraz korzystając z ich sieci kontaktów. Jednak to właśnie Irlandia wytworzyła w nich pewien kapitał migracyjny, za którym idzie otwartość na innych ludzi i łatwość dostosowywania się do nowych warunków życia. To Irlandia jest dla wielu z nich miejscem, w którym po raz pierwszy zetknęli się z dorosłym, samodzielnym życiem. Tym miejscem okazał się kraj tylko z pozoru podobny do Polski – państwo o zupełnie innym systemie prawnym, innych modelu relacji panujących w strefie zawodowej, innym poziomie relacji interpersonalnych, innym tempie życia, innym stopniu multikulturowości. Na polskich emigrantów taka różnica nie mogła pozostać bez wpływu. Głównie ze względu na swój młody wiek znacznie częściej to oni przyjmowali wartości i styl życia Irlandczyków niż sami przekazywali coś w tej sferze innym. Tej otwartości sprzyjała jednak nie tylko metryka czy wysoki poziom wykształcenia, lecz i sama „zawartość” tego, co zaoferowała Irlandia, a co Polacy uznali za bardzo atrakcyjną propozycję.

      Łukasz Stec

       

       

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 sierpnia 2014 13:46
  • niedziela, 08 czerwca 2014
    • Psychoanioł w Dublinie

      Miło mi poinformować, że moja nowa książka, powieść "Psychoanioł w Dublinie", będzie dostępna w sprzedaży od 25 czerwca. Zapraszam do lektury!

      Z opisu wydawcy:

      "Mieszkającego w Irlandii Wowę, młodego emigranta z Polski, nałogowego palacza i autora specyficznych dzieł sztuki współczesnej, odwiedza niespodziewany gość: Indianin w białym kitlu, kaloszach, ze skrzydłami na plecach. To psychoanioł, czyli anioł ateistów. Oznajmia zdumionemu Wowie, że ten zostanie zamordowany już za siedem dni, w dniu swoich trzydziestych urodzin. Jeśli wcześniej zdemaskuje i powstrzyma potencjalnego zabójcę, ocali życie. Zadanie nie jest łatwe, tym bardziej, że pod nogami wciąż pęta się opętany manią samobójczą kot, do Dublina lada chwila może przylecieć była żona Wowy, on sam zaś stracił głowę dla pewnej pięknej Turczynki…

      Autor odważnie żongluje konwencjami literackimi, tworząc wybuchową mieszankę kryminału, groteski, komedii romantycznej i fantastyki, gęsto polaną Bułhakowowskim sosem i przyprawioną doświadczeniami życiowymi współczesnych młodych Polaków. Efekt? Doskonała zabawa, zwłaszcza dla miłośników nieoczekiwanych zwrotów akcji i zaskakujących rozstrzygnięć."

      http://muza.com.pl/powiesc-obyczajowa/1759-psychoaniol-w-dublinie-9788377587201.html

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 czerwca 2014 21:19
  • wtorek, 05 listopada 2013
  • czwartek, 08 sierpnia 2013
    • Teatr małych kroków

      Chcieli stworzyć coś całkiem innego. Nie kolejne warsztaty teatralne, nie zajęcia z arteterapii, lecz prawdziwy teatr. Sześciu byłych i obecnych podopiecznych domu samopomocy wraz z psychoterapeutką i muzykiem założyli grupę teatralną, która zdążyła już wystawić swoje sztuki na deskach Ateneum i na poznańskim festiwalu Malta.  

      W sali nr 215 Bemowskiego Centrum Kultury w Warszawie panuje półmrok. Ściany zakryte są czarnymi kotarami, a jedyne światło pada z reflektora na środek pomieszczenia. Z głośników fot. Jakub Nowotyńskiwydobywają się dźwięki muzyki przeplatane głosami osób recytujących limeryki. Aktorzy po kolei wstają z miejsc, w których znajdują się na początku swojej sceny, wykonując poszczególne ruchy i gesty. Wszystko w wielkim skupieniu, pod okiem stojącej na końcu sali reżyserki.

      Bez terapii
      Od 6 lat aktorzy Teatru Zgoda spotykają się tu, by móc pracować nad swoimi kolejnymi spektaklami. Nad wszystkim czuwa psychoterapeutka Agata Adamek wraz z muzykiem Zbyszkiem Gozdeckim. To z ich inicjatywy powstał teatr, w którym grają osoby chorujące psychicznie.
      - Chcieliśmy stworzyć teatr osób wykluczonych społecznie, który nie będzie formą terapii, lecz prawdziwym artystycznym wydarzeniem – wspomina Adamek. – Od wielu lat prowadziłam warsztaty teatralne dla dzieci i młodzieży, jednak tutaj postanowiłam wykorzystać swoje doświadczenie z pracy w płockim stowarzyszeniu Oto Ja, gdzie zajmowałam się malarstwem. Jeździliśmy wówczas do domów pomocy społecznej i wybieraliśmy najbardziej uzdolnione plastycznie osoby, po czym dawaliśmy im potrzebne materiały, w żaden sposób nie ingerując w ich prace. W taki sposób powstawały prawdziwe dzieła, perełki art brut. W pewnym sensie postanowiłam to przełożyć na teatr. 

      Gozdeckiego poznała w Kazimierzu Dolnym podczas warsztatów Laboratorium Edukacji Twórczej. Ona chciała przekuć swoje doświadczenia z malarstwem w teatr, on chciał połączyć muzykę z pracą z ludźmi wykluczonymi, ponieważ sam miał w rodzinie osobę chorującą na schizofrenię. Obydwoje chcieli zmieniać świat metodą małych kroków. Pierwszym z nich miało być stworzenie teatru osób wykluczonych ze społeczeństwa, teatru tworzącego prawdziwe artystyczne wydarzenia, nie będącego tylko formą terapii. 

      - Nie stosujemy tu żadnych elementów arteterapii, ponieważ dla widza na pewno nie byłoby to interesujące – przyznaje Zbyszek Gozdecki. – Sztuka sama w sobie może być terapeutyczna, tak jak terapią może być przebywanie z wyluzowanymi osobami. A w teatrze można więcej: można się głośno śmiać, nikt nikogo tu nie tłamsi, panuje bardzo luźna atmosfera.

      Od eksperymentu do Ateneum
      Do nowego teatru zgłosiło się kilkanaście osób z pobliskiego domu samopomocy. Niektórych pchnęła tu zwykła ciekawość, innych zainteresowanie teatrem i chęć sprawdzenia swoich własnych umiejętności aktorskich. Adamek postanowiła szlifować je zgodnie z potencjałem danej osoby - jeżeli ktoś świetnie się poruszał to pracowała z nim głównie nad ekspresją, jeśli miał dobrą dykcję – pracowała z nim przy dialogach.    

      Prace nad pierwszym spektaklem „Cyrk Mortalis” przypominały wielki eksperyment;  na scenie jako aktorzy pojawili się Adamek z Gozdeckim, co miało pomóc im w lepszym zapoznaniu się z aktorami. Aktorzy sami decydowali co miało znaleźć się w przedstawieniu, natomiast pełniąca rolę reżyserki Agata Adamek decydowała nad ostateczną formą, tak by wszystko wyglądało dobrze pod względem artystycznym. W realizacji eksperymentu pomogło stypendium Ministerstwa Kultury, które właśnie otrzymała Adamek.

      - Gdy z pierwszym spektaklem wystąpiliśmy na warszawskiej starówce, w Staromiejskim Domu Kultury, było to dla mnie niesamowite wyróżnienie – wspomina Ewa, jedna z aktorek teatru. - Byliśmy dumni, że dopiero zaczynając mogliśmy wystąpić w takim miejscu. 

      Reżyserka wraz z muzykiem postanowiła zejść ze sceny i w drugim przedstawieniu dać jak najwięcej do powiedzenia aktorom. Tak powstał pełen improwizacji spektakl „Schizofrenia – zamknijcie okna?” ukazujący codzienne zmagania osób chorujących na tę chorobę. Poszczególne sceny inspirowane były własnymi przeżyciami aktorów.  

      - Teatr nazywa się Zgoda i nie jest to przypadkowa nazwa – mówi Ewa. - Wspólnie decydujemy co jest dobre, a co złe w poszczególnych scenach. Spektakle reżyserowane są przez panią Agatę, a wymyślane przez nas.

      Największym dotychczasowym sukcesem teatru okazała się sztuka „Po drugiej stronie”, którą aktorzy Zgody wystawili m.in. na deskach teatru Ateneum, w klubie Powiększenie i podczas Festiwalu Malta w Poznaniu. Spektakle w tych miejscach najlepiej spełniły założenie, by jak najwięcej występować w przestrzenie teatralnej, wychodząc tym samym z getta teatrów osób niepełnosprawnych. Reżyserka Zgody na każdym kroku podkreśla bowiem, że jeśli ludzie są zdolni, to bez problemu mogą występować w teatrach czy na festiwalach bez względu na swoje choroby.     

      Najnowszym spektaklem Teatru Zgoda jest „Autyzm miejski. Zgoda w poszukiwaniu absurdu”, będący kabaretowym potraktowaniem tematu ponowoczesnych atrybutów życia w mieście. Po raz pierwszy aktorzy wzięli tu na warsztat tekst literacki. Ważnym elementem spektaklu jest również muzyka, nad którą Zbyszek Gozdecki pracował wspólnie z aktorami. Każdy z nich wymyślał dźwięki, które następnie nagrywane były do sceny, w której występuje. Czasami były to zwyczajne odgłosy ulicy czy stukot pręta uderzanego o podłogę, czasem wyobraźnia podsuwała coś bardzo nietypowego, jak odgłos ziaren kawy rzucanych o… perkusję.

      Amatorzy ze stażem
      Spektakle Teatru Zgoda wywołują reakcje typowe dla sztuki współczesnej – od niezrozumienia po fascynację. Zdarzyło się nawet, że teatr został oskarżony o obrazę uczuć religijnych.
      – Niektórzy nie rozumieją tych spektakli – wyznaje Bożena, grająca w teatrze od samego początku. - Bolesne jest też, kiedy ktoś stwierdza, że tworzymy coś mało istotnego. To bardzo dołujące, kiedy ktoś mi mówi, że robimy rzeczy nieliczące się w życiu. Jednak najważniejsza jest tu nasza współpraca, to że spotykają się tu bardzo różni ludzie, w wieku od 20 do 70 lat, i ciągle dużo się od siebie uczą. Jesteśmy amatorami, ale z kilkuletnim stażem. Nie mamy ukończonych szkół aktorskich, ale mamy w sobie pewne predyspozycje i pewne emocje, które pozwalają nam tu być.

      - Podczas pierwszych spektakli byliśmy bardzo niepewni siebie - wspomina Ewa. – Chyba nikt z nas nie przypuszczał wówczas, że będziemy tu nadal po sześciu latach. Teraz to już nie jest nawet pasja, lecz coś znacznie większego. Do tego łączy się to z niezwykłymi przeżyciami, takimi jak występ na deskach Ateneum. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy po tamtym przedstawieniu na teatralnym korytarzu ukłonił mi się sam Krzysztof Tyniec.

      Krok drugi
      Pewnym wzorcem dla Teatru Zgoda są podobne grupy teatralne działające w Europie. Teatry z Niemiec, Holandii i Szwecji wystąpiły podczas Bemowskich Zaburzeń Teatralnych, imprezy organizowanej przez Agatę Adamek. To dzięki tym spotkaniom Adamek i Gozdecki poznali pewien model teatru, do którego zaczęli dążyć – teatru w pełni profesjonalnego, z własną siedzibą, pracownikami technicznymi, opiekunami, operatorami światła, a przy tym teatru ludzi uśmiechniętych, pełnych luzu i dystansu do siebie. Wiedzą, że organizacyjnie daleko im jeszcze do tamtych grup teatralnych, działających w społeczeństwach znacznie bogatszych,  po części komercyjnie, po części dzięki państwowym dotacjom. Jednak tak samo jak sześć lat temu postawili sobie za cel stworzenie od podstaw artystycznego teatru osób wykluczonych, tak teraz tym do czego chcą dążyć jest swego rodzaju profesjonalizacja – przede wszystkim posiadanie własnej siedziby, w której próby można przeprowadzać każdego dnia, a spektakle wystawiać nawet dwa razy w tygodniu, a nie jak obecnie – raz na kilka miesięcy. 

      - Od sześciu lat dwa razy w tygodniu ci państwo z jakiegoś powodu tutaj przychodzą, czasem nawet zwalniają się ze szpitali psychiatrycznych, by móc być na próbie – mówi Adamek. – Może jest to tylko sześć osób, ale jestem przekonana, że w Polsce jest takich nieujawnionych talentów znacznie więcej. Nauczono nas, że niepełnosprawny znaczy biedny i wybrakowany, przez co ci ludzie sami zaczynają tak o sobie myśleć. Wystarczy jednak spojrzeć na podobne osoby z Niemiec, by zrozumieć, że może być inaczej. Oczywiście, można narzekać na złych lekarzy, na NFZ, na społeczeństwo, rodzinę, jednak by coś zmienić trzeba wykonać pierwszy krok. Jeśli ci państwo przychodzą tu od sześciu lat nie mając dzięki temu żadnych pieniędzy, zaświadczeń czy innych wymiernych korzyści, to znaczy, że przez sześć lat wykonaliśmy tu pierwszy krok.

      Łukasz Stec

      Reportaż publikowany na portalu Niepelnosprawni.pl

      

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 sierpnia 2013 15:04
  • niedziela, 20 stycznia 2013
    • Płaskostopie kultury

      Zawsze miałem problem z zakupem butów. Nie dlatego, że z moimi stopami było coś nie tak. Wręcz przeciwnie. Pamiętam jeszcze ze szkoły podstawowej, że jako jedna z dwóch osób w całej klasie nie miałem płaskostopia czy półpłaskostopia. Byłem w zdecydowanej mniejszości. Zauważyli to chyba producenci obuwia, którzy niemal wszystkie buty dostosowują obecnie do stóp z przynajmniej częściowym płaskostopiem, przez co to ja, posiadający zdrowe stopy, powinienem nosić wkładki ortopedyczne. Mam wrażenie, że sytuacja ta jest analogiczna do tego jak w Polsce czują się osoby, które potrafiły właściwie odczytać pewne kody kulturowe.

      Dekadę temu, kiedy w jednej z telewizyjnych stacji pojawił się program Kuby Wojewódzkiego, zachowanie showmana wywoływało żywą dyskusję. Konwencja przyjęta w programie przez jednych była uznawana za wyraz upadku kultury mediów, dla innych była dowodem wysokiej inteligencji prowadzącego, jeszcze inni uznawali ją za typową pop-kulturową wydmuszkę, postmodernistyczną zabawę, w której brać udział powinno się po uprzednim dodaniu cudzysłowu do wszystkiego co zostanie powiedziane. Znamienne jest, że niemal w tym samym czasie w demokratycznych wyborach bardzo dobry wynik uzyskała populistyczna Samoobrona, wypierając z sejmu inteligencką Unię Wolności, i wprowadzając do debaty publicznej całkiem nowy dyskurs i nowy język, który z początku uznany został za przekroczenie pewnej granicy (Jerzy Buzek: „Nie będziemy rozmawiać na tym poziomie”).

      Z czasem jednak ów poziom stał się standardem w politycznej debacie, a sama debata przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, gdyż środek jej ciężkości przeniósł się w stronę formy, a dokładniej w kierunku „Erystyki” Schopenhauera . Treść całkowicie zatraciła swoje znaczenie na rzecz formy – jak najbardziej przystępnej, efektownej i wulgarnej. Za normę uznana została również konwencja programów Wojewódzkiego – przez zdecydowaną większość społeczeństwa uznana nie za pop-kulturową grę, lecz za wyraz inteligencji showmana, za autentyczny, dominujący dyskurs, do którego należy dążyć, a przynajmniej się dostosować.  

      Na tle powyższych przemian wyrosły już dwa pokolenia (moje - 30-latków i to o dekadę młodsze, nazywane „gimnazjalistami”), a pokolenia starsze również dały się wciągnąć w ten głównonurtowy dyskurs. Postmodernistyczna zabawa nie została poddana żadnej dekonstrukcji i została uznana za  fotografię rzeczywistości.

      Kiedy w 2011 r. świat usłyszał krzyk młodych Oburzonych, w Polsce panowała cisza, a młodzi spoglądali na swoich rówieśników zza granicy z pobłażaniem, czy wręcz z politowaniem. Sytuacja wydawała się zaskakująca , ponieważ ówczesne warunki ekonomiczne demonstrujących Hiszpanów były lepsze od warunków młodych Polaków nie znajdujących się w strefie kryzysu. Media tłumaczyły to często efektem upadku z wysokiego konia, jaki miał miejsce w zachodniej Europie, a czego nie doświadczyli Polacy. Nie trudno uświadomić sobie, że tłumaczenie to zawiera co najwyżej ziarno prawdy, po tym jak prześledzi się mapę Oburzonych 2011, na której widnieją nie tylko kraje, w których z gospodarczego prosperity wykluła się recesja, ale i państwa, gdzie żadnego prosperity (szczególnie wśród młodych) nigdy nie było. Problem nie tkwi bowiem w ekonomii.

      W psychologii pośród różnych rodzajów jaźni istnieje pojęcie jaźni odzwierciedlonej. Jest to własne wyobrażenie o tym, jak postrzegają nas inni. W dyskursie, o którym wspominałem, jest to rzecz niezwykle istotna, o ile nie najistotniejsza. Błędna dekonstrukcja dyskursu medialnego  (chodzi tu nie tylko o wspomniany dla przykładu program Kuby Wojewódzkiego, lecz cały nurt programów rozrywkowych) wprowadza system zero-jedynkowy, w którym każdy musi przegrać albo wygrać, a o wygranej stanowi wyłącznie szeroko pojęty wizerunek, na który składa się różne elementy formy. Wchodząc w świat tych błędnie zinterpretowanych konwencji najważniejszymi cechami staje się: atrakcyjność towarzyska, powodzenie materialne, poczucie humoru, błędnie zinterpretowana asertywność (cieszące się ogromnym powodzeniem tzw. cięte riposty). Przyjmując konwencje pop-kulturowej gry za własny schemat myślenia młodzi ludzie wpadli w pułapkę, w jakiej nie znajdują się ich buntujący się rówieśnicy z innych krajów.

      Młodzi Polacy, choć panuje wśród nich ogromne bezrobocie, a ci którzy pracują robią to najczęściej za minimalne wynagrodzenie w oparciu o umowy śmieciowe, nigdy nie wyjdą protestować na ulice, nigdy się nie zbuntują i nigdy nie przyznają się, że jest im źle. Nad realnym życiem górę wziął bowiem błędnie odczytany dyskurs pop-kulturowej zabawy, w której nie ma miejsca na walkę o swoje prawa, na narzekanie, czy po prostu realną ocenę sytuacji. Zbuntować można się co najwyżej przeciwko ACTA – tu nic nie traci się na wizerunku, stracić go można za to nie będąc na bieżącą z najnowszą ofertą pop-kulturową dostępną na pirackich serwisach internetowych. By zbuntować się przeciwko wyzyskowi ze strony pracodawców, umowom śmieciowym czy podobnym, realnym problemom, należałoby najpierw publicznie określić swoją przynależność  do osób niezadowolonych, posiadających problemy. We wspomnianym dyskursie zero-jedynkowym byłoby to określenie się mianem przegranych.

      Pytanie Ericha Fromma: „mieć czy być” całkowicie przestało mieć na znaczeniu. I to nie dlatego, że młode pokolenia opowiedziały się za modusem posiadania. Stworzyły bowiem całkiem własny modus: sprawiać wrażenie. Sprawiają wrażenie, że mają i sprawiają wrażenie, że są.

      Łukasz Stec

      (Tekst publikowany w "Nowym Obywatelu" - 17 lutego 2013 r.)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 stycznia 2013 21:38
  • piątek, 18 listopada 2011
    • W 80 kilometrów dookoła świata

      Amerykańscy klimatolodzy ogłosili, że to właśnie tutaj panuje najbardziej odpowiedni dla człowieka klimat: trzysta dni słonecznych w roku, średnie miesięczne temperatury wahające się między 20 a 25 stopniami, a przy tym niemal brak uciążliwych upałów.

      Podróż szlakiem tutejszych plaż zaczynam w jedynym dużym mieście na Gran Canarii. Las Palmas liczy ponad 380 tysięcy mieszkańców i znacznie różni się od wybitnie turystycznego południa wyspy. Przede wszystkim tutejsi turyści to głównie Hiszpanie i jakikolwiek obcy język słyszy się tutaj dużo rzadziej niż w popularnych kurortach. Przyjeżdżając tu dobrze jest znać choć kilka podstawowych zwrotów po hiszpańsku, co może znacznie ułatwić wykonywanie tak prozaicznych czynnościach jak zakupy czy przejazd autobusem.

      Prawdopodobnie najlepsza plaża na świecie

      Mimo że miasto posiada starówkę, uniwersytet, muzea i parki, największą atrakcją jest tu, oczywiście, plaża. Nie jest to jednak zwykła miejska plaża, jakich nie brakuje nawet na południu Europy, ale słynna Playa de las Canteras. Ciągnie się ponad trzy kilometry, a wzdłuż niej bulwar pełen knajpek, kawiarni, restauracji i sklepików z pamiątkami. Znad obydwu jej krańców wystają wzgórza skierowane stromymi stronami w stronę oceanu. Całe życie towarzyskie stolicy wyspy skupia się na Playa de las Canteras. Na Veguecie, czyli tutejszym starym mieście, spotykam niewiele osób, podobnie jak w Casa de Colon – domu, w którym zatrzymał się Kolumb w trakcie swojej pierwszej wyprawy. Natomiast okolica największej plaży w Las Palmas tętni życiem przez całą dobę. To w końcu typowe dla Gran Canarii, że nie przyjeżdża się tu, aby zwiedzać, nieliczne zresztą, zabytki, lecz po to, by czas spędzać w takich miejscach jak to. Miejscowi przekonują mnie nawet, że jest to najlepsza plaża na świecie. A mimo to, postanawiam ruszyć na południe wyspy.

      Starsza Hiszpanka z Las Palmas wielce zmartwiła się tym jak dotrę do ostatniego punktu swojej podróży. – Do Puerto de Mogan jest przecież kawał drogi – powiedziała z wielkim przejęciem. Po chwili zrozumiała moje zdziwienie i sprecyzowała odległość. – To 80 kilometrów stąd. Dla nas to wielka podróż, a dla ludzi z kontynentu zwyczajna wycieczka...

      Na Gran Canarii jednak 80 kilometrów może zmienić wszystko. Wyspa nazywana jest „kontynentem w pigułce” i jeśli ktoś planuje objechać ją całą, co jest możliwe w trakcie dwutygodniowego pobytu, znajdzie tu nie tylko piaszczyste plaże, ale i klify, wydmy, góry, jeziora czy lasy sosnowe.

      Soy Grancanario

      Zanim jednak docieram do Puerto de Mogan, postanawiam się zatrzymać w Playa del Ingles – najpopularniejszym kurorcie na wyspie. Już pierwszy spacer po miasteczku uświadamia, że jego nazwa, znacząca tyle co „plaża Anglików”, jest zupełnie nieprzypadkowa. Miejscowość zdominowana jest przez wczasowiczów z Anglii, Szkocji i Irlandii. O ile w Las Palmas nieraz spotykałem osoby, które potwierdzały stereotyp o antytalencie południowców do języka angielskiego, tak tutaj czuję się jakbym był w Brighton, a nie w Hiszpanii. Język urzędowy słychać tu bardzo rzadko, a po angielsku zagadują zarówno miejscowi, jak i Brytyjczycy, którzy… pracują w miejscowych pubach i nocnych klubach.

      Tak jak na terenie miasteczka króluje język angielski, tak na tutejszej plaży niepodzielnie rządzi niemiecki. W Playa del Ingles w niesamowity sposób widać bowiem różnice w sposobie spędzania urlopu między różnymi narodowościami, a przede wszystkim między grupami wiekowymi. Na plaży królują głównie niemieccy emeryci, a w barach i dyskotekach spotkać można przede wszystkim młodych Brytyjczyków. Bo Playa del Ingles to bardzo specyficzne połączenie spokojnego życia na plaży, które całkowicie zamiera po zachodzie słońca (miejscowi wręcz przestrzegają przed samotnymi spacerami plażą po zmroku) z nocnym życiem miasteczka, które wiąże się nie tylko z pubami i dyskotekami, ale też z wszechobecnymi dilerami narkotyków, natarczywymi prostytutkami, naganiaczami prowadzącymi nieświadomych przechodniów do burdeli zamiast do obiecanego baru, czy starymi Murzynkami, które niczym nasze Cyganki oferują przechodniom przewidywanie przeszłości w zamian za nieświadome pozbycie się portfela.

      Drugiej nocy w Playa del Ingles odkrywam prosty i skuteczny sposób na pozbywanie się powyższych „delikwentów”. Mówię „soy Grancanario” (jestem Grankanaryjczykiem). Działa za każdym razem.

      Raj dla amatorów wina i… palaczy

      Miejscowość, podobnie jak pobliskie Maspalomas, tworzą niemal wyłącznie hotele i pensjonaty. Budynków mieszkalnych jest stosunkowo niewiele, a większość osób tu pracujących mieszka w nieco oddalonym od morza El Tablero – miejscu chwalonym przede wszystkim za względnie niskie ceny. W Playa del Ingles przypominają one nieraz te, do których przyzwyczaili się Anglicy, szczególnie w przypadku importowanych towarów. Jakby jednak nie było, cała Grana Canaria jest rajem dla amatorów wina i nałogowych palaczy. Ponieważ Wyspy Kanaryjskie są strefą bezcłową, miejscowe wina można kupić już za 1,5 euro, a papierosy nawet za 80 eurocentów.

      Plaża w Playa del Ingles jest dość klasyczna – oprócz wspominanych niemieckich emerytów można tu spotkać głównie amatorów windsurfingu. Jednak podążając wzdłuż wybrzeża w stronę Maspalomas plaże nabierają pewnej specyfiki w postaci podziału na strefy. Na początku przemierzam przez plażę nudystów (tzw. czwarta strefa), gdzie nadal królują… niemieccy emeryci, potem przez plaże gejów (strefa trzecia – średnia wieku zdecydowanie niższa), w strefie drugiej spotykam ponownie nudystów, a na końcu rodziny z dziećmi w strefie familijnej. Maspalomas słynie jednak nie tylko ze wspomnianych plaż, ale też z położonych na 300 hektarach wydm, z których roztacza się widok na ocean, 70-metrowej latarni morskiej i największego na Wyspach Kanaryjskich aquaparku.

      Po opuszczeniu Playa del Ingles, w drodze na zachód wyspy, zatrzymuję się na chwilę w dwóch miejscowościach. Pierwszą jest niewielka, położona pośród skalistych gór Patalavaca. Ciekawa jest tu przede wszystkim nazwa, która znaczy tyle co „krowia stopa” i fakt, że jest to miejsce, w którym słońce świeci najdłużej na wyspie, co być może jest powodem tego, że przyjeżdżają tu przede wszystkim turyści ze Skandynawii. Drugą miejscowością, w której spędzam kilka godzin, jest znacznie większe Puerto Rico. Złośliwi mówią, że już nigdy nie powstanie tu żaden nowy hotel. A to dlatego, że budynki są tu do tego stopnia stłoczone, że ma się wrażenie, jakby część z nich niemal wisiała na otaczających Puerto Rico skałach.

      Mała Wenecja

      Autobus z Puerto Rico do Puerto de Mogan jedzie krętą drogą wzdłuż oceanu, wspinając się coraz wyżej pomiędzy stromymi górami. Kierowca co chwilę używa klaksonu. To miejscowy sposób na uniknięcie wypadku na najbardziej ostrych zakrętach, w przypadku gdyby ktoś jechał z naprzeciwka. Dźwięk klaksonów słychać z oddali także w samym miasteczku – za każdym razem, kiedy górską serpentyną przejeżdża jakiś większy pojazd.

      Znalezienie noclegu w Puerto de Mogan zajmuje mi niecałe… pięć minut. Aby przechować bagaże na czas poszukiwań, tuż po wyjściu z autobusu wchodzę do najbliższego sklepu. Sprzedawczynią jest bardzo sympatyczna Niemka, która, jak się okazuje, prowadzi niewielki pensjonat. Warunki są bardzo dobre, a do tego uzgodniona przez nas cena za nocleg jest kilkukrotnie niższa niż w oficjalnym cenniku. Cały interes Niemka prowadzi wraz ze swoim mężem, Indonezyjczykiem. Drugi pensjonat mają na… Bali.

      Sama miejscowość słusznie okazuje się być nazywana najbardziej malowniczą na całej wyspie. Pozbawiona wysokiej zabudowy hotelowej, w dużej części składa się z wąskich uliczek z przyozdobionymi kwiatami domami. Leniwą atmosferę miasteczka świetnie ilustruje obrazek starszych mieszkańców, którzy całymi godzinami grają na ulicach w domino. Wzdłuż niewielkiej plaży ciągnie się tu pasaż z knajpkami i restauracjami, które jednak zamykane są, jak na Gran Canarię, bardzo wcześnie. Jedyne czynne do rana miejsce to pub Bohema. Przy lokalnym piwie Tropical spotykają się tu młodzi ludzie, którzy w większości mieszkają w Puerto de Mogan, a pracują w niedalekim Puerto Rico.

      Puerto de Mogan to wręcz idealne miejsce na romantyczny wyjazd we dwoje. Nie ma tu Puerto de Moganzgiełku, dyskotek, natarczywych akwizytorów i naganiaczy, jak w Playa del Ingles czy Puerto Rico. To też raj dla estetów, którzy docenią zarówno malownicze położenie miejscowości, jak i jej zachodnią część nazywaną Małą Wenecją. To urocza plątanina wąskich uliczek poprzerywanych kanałami, nad którymi wiszą łukowe sklepienia białych budynków.

      I tak Gran Canaria okazuje się „kontynentem w pigułce”, nawet gdy ograniczy się jej zwiedzanie wyłącznie do najpopularniejszych nadmorskich miejscowości, pomijając przy tym środkową i zachodnią część wyspy. Na tych, co chcieliby tu odkryć Hiszpanię, lubią nieco kosmopolityczny styl i efektowne plaże – czeka Las Palmas, na szukających nocnych wrażeń miłośników filmu „Kac Vegas” – Playa del Ingles lub Puerto Rico, na przyjeżdżające tu rodziny z dziećmi – Maspalomas, zaś na romantyków z artystyczną duszą – Puerto de Mogan.

      Łukasz Stec

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      piątek, 18 listopada 2011 16:22
  • poniedziałek, 10 października 2011
    • Zajezdnia mistrza

      Do dziś żałuje, że cztery lata temu nie zaproponował rywalizacji Mariuszowi Pudzianowskiemu. Słynny strongman, który odwiedzał wówczas wrocławską zajezdnię tramwajową, byłby mocno zdziwiony gdyby przegrał konkurencję w podnoszeniu ciężarów z 50-letnim ślusarzem z MPK.

      Hala przy zajezdni tramwajowej Wrocław-Borek przypomina duży, zadaszony dworzec kolejowy. Zamiast pociągów na „peronach” stoi kilkanaście tramwajów. Mimo że pośród nich kręci się kilku pracowników, na hali jest cicho. Co jakiś czas pojawia się tu nowy pojazd wymagający naprawy. Pracownicy zajezdni wymieniają silniki, montują nowe pantografy na dachach pojazdów, wymieniają sprzęgi łączące wagony, przyklejają reklamy. Najcięższą pracą jest jednak wymiana wózków, czyli kół tramwaju. Chociaż tramwaj podnoszony jest wówczas przez specjalne windy, to po wymontowaniu wózka przeciągnąć lub przepchać wózek po torach musi człowiek. Wózek waży 2,5 tony. Kilkanaście metrów pcha go zazwyczaj dwóch ślusarzy. Najgorzej, kiedy jest nowy. Wtedy ma niewyrobione koła, przez co przepchać go jest jeszcze ciężej. Z wymianą sprzęgów wcale nie jest łatwiej. Wielki metalowy „hak” łączący dwa wagony waży 80 kilogramów. Sprzęg przenosi dwóch ślusarzy, po czym jeden go podtrzymuje, a drugi przymocowuje do wagonu.

      Ryszard Życzkowski przychodzi tu od dwudziestu lat. Przepychanie po torach 2,5-tonowego wózka czy wymianę 80-kilogramowych sprzęgów uważa za formę treningu. Znacznie lżejszego od tego, który czeka go na położonej kilkaset metrów dalej sali Śląska Wrocław. Tam niemal każdego dnia „przerzuca” po kilkadziesiąt ton.

      Mierzący obecnie 160 cm wzrostu Życzkowski do sekcji podnoszenia ciężarów Śląska Wrocław wstąpił jeszcze w szkole podstawowej. – Klubowy trener robił nabór w naszej podstawówce – wspomina Życzkowski. – Brał samych rosłych chłopaków i nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Zgłosiłem się więc sam. I choć z początku nie bardzo mnie tam widziano, już po dwóch latach ten sam trener wręczył mi puchar za to, że jako pierwszy z grupy zrobiłem trzecią klasę sportową. A potężniejsi ode mnie bardzo szybko zrezygnowali.

      Stocznia, kopalnia, zajezdnia

      Choć klubowi trenerzy z początku nie dostrzegali w niewysokim chłopcu specjalnego potencjału, ten dzięki konsekwencji i ciężkim treningom doszedł do wyników 182,5 kg w podrzucie i 142,5 kg w rwaniu oraz zdobył kilkanaście medali, w tym brązowe medale mistrzostw Polski seniorów. Po pierwszych kilku latach treningów w Śląsku Wrocław Życzkowski kilkukrotnie zmieniał kluby. Równolegle do zmian barw klubowych zmieniały się też jego miejsca pracy. Kiedy reprezentował Plon Milicz, pracował jako klubowy konserwator, w czasach występów dla Burzy Wrocław rozładowywał ciężarówki, w klubie Dolmel Wrocław był ślusarzem, reprezentując Stoczniowca Gdańsk pracował przy malowaniu okrętów, a przechodząc do Górnika Polkowice został górnikiem w miejscowej kopalni. Od 20 lat pracuje na zajezdni tramwajowej i ponownie reprezentuje Śląsk Wrocław.

      Ryszard z żalem wspomina rok 1984. Powołano go wówczas do kadry narodowej, dzięki czemu znalazł się na liście rezerwowej w ekipie na Olimpiadę w Los Angeles. Ze względów politycznych Polska nie uczestniczyła jednak w igrzyskach, a na kolejną Olimpiadę powołano już nowych, młodszych zawodników. Za swój największy sportowy sukces uznaje brązowe medale mistrzostw Polski seniorów. Zwłaszcza ostatni, który zdobył mając aż 41 lat. Po tych sukcesach, 54-letni dziś Życzkowski nie zakończył jednak kariery sportowej. Od kilkunastu lat startuje w zawodach kategorii „masters”. Ta nowa nazwa go cieszy. Wcześniej nazywano tę kategorię oldbojami lub weteranami, co denerwowało sztangistę. Nie uważa się za „starego dziadka” czy „weterana wojennego”. A właśnie w kategorii „masters” Życzkowski osiągnął największe sukcesy. Przede wszystkim mistrzostwo świata.

      Sam uważa się teraz za amatora wśród zawodowców i zawodowca wśród amatorów. Niemal każdy swój dzień dzieli między pracę na zajezdni a klubową siłownie. - Kiedy wypoczywam? – zastanawia się Życzkowski. - Kiedy trenuję! Jak mam dzień wolny od pracy to trenuję w klubie dwa razy po trzy godziny. Jeśli zdarza się wolna niedziela, a żona akurat pracuje, to też jadę na siłownie. Potem mi lepiej obiad smakuje… Mam wyrzuty sumienia, kiedy nie ma mnie na treningu, bo jestem już tak zmęczony po pracy, że jadę do domu. Jeśli zdarzy mi się przeziębić i przez dwa dni nie ma mnie w klubie to od razu dzwonią do mnie z siłowni czy coś się nie stało, bo wszyscy pytają gdzie jest Rysiek.

      Urlop najczęściej wykorzystuje na dwutygodniowe zgrupowanie, które prowadzone jest w klubie na początku każdego roku. Czasami zostawia sobie pięć dni, żeby pojechać latem do swojego ulubionego Kołobrzegu.

      - Skłamałbym jakbym powiedział, że żona nie narzeka – przyznaje Życzkowski. - Cały dzień pracuję fizycznie, na treningu podnoszę tony, a jak przychodzi kupić ziemniaki to mówię, że jestem zmęczony. Bywa też zła na mnie, bo w domu nie ma mnie prawie przez cały dzień.

      Przyznaje jednak, że po tylu wspólnych latach żona coraz przychylniej patrzy na jego treningi. Tym bardziej, że poznali się na zgrupowaniu sportowym, gdzie trenowała biegi na 400 metrów. Chociaż skończyła karierę sportową na etapie zawodów międzyszkolnych, ich spotkanie na obozie w Miliczu było początkiem rodzinnych tradycji sportowych oraz sportowych wątków… małżeńskich.

      Początek tradycji rodzinnej

      Pasję do podnoszenia ciężarów zaszczepił u swojego brata, a kilka lat później u syna. - Rysiek namówił mnie na treningi, kiedy miałem 14 lat – wspomina Mirosław Życzkowski, młodszy o dwa lata brat Ryszarda. – Wspólnie trenowaliśmy podnoszenie ciężarów w Śląsku, Dolmelu, Burzy i Stoczniowcu. I, podobnie jak on, swoją żonę poznałem na obozie sportowym.

      Mirosław Życzkowski jest obecnie zawodnikiem i trenerem w klubie Strzelec Strzelin. Zdobył wicemistrzostwo świata oraz mistrzostwo Europy w kategorii masters. Jego córka, Dorota, również trenowała podnoszenie ciężarów. Zdobyła m.in. brązowy medal mistrzostw Europy juniorów.

      Ryszard najbardziej dumny jest jednak, kiedy pokazuje klubowy kalendarz z 1997 roku. Jest na nim zdjęcie kadry sztangistów, na którym znajduje się razem z synem. – Kilka lat temu odniosłem kontuzję tydzień przed drużynowymi mistrzostwami Polski seniorów – wspomina Życzkowski. - Robert, mój syn, był na tyle mocny, że będąc juniorem, mógł mnie zastąpić. Nie dość, że sam występ był wielką nobilitacją dla juniora, to jeszcze zespół zdobył brązowy medal.

      Robert ma 29 lat i wygląda jak kopia swojego ojca. Niewysoki, krótko ostrzyżony i potężnie umięśniony. Pracuje jako elektryk na budowie i mieszka ze swoją żoną. Od razu widać, że ma dobry kontakt z ojcem. Kiedy rozmawiają ze sobą o podnoszeniu ciężarów u obydwu widać ten sam błysk w oczach.

      - Ćwiczę wyłącznie dzięki swojemu ojcu – przyznaje Robert. – Ojciec to wszystko rozkręcił, bo wcześniej w rodzinie nie było żadnych sportowych tradycji. Co prawda sam musiałem już zakończyć karierę po tym jak dwukrotnie odniosłem kontuzje pleców, jednak to właśnie w trakcie treningów poznałem… swoją żonę. Nie zajmowała się profesjonalnie sportem, jednak przychodziła na siłownie Śląska, żeby ćwiczyć gimnastykę rekreacyjną. Jak widać, siłownia łączy – śmieje się syn Ryszarda.

      Pupil na medal

      Ulubionym miejscem Życzkowskiego wydaje się być jego… klubowa szafka w szatni. Nie podoba mu się to, że wielu sportowców trzyma swoje medale w starych pudłach w piwnicach. Swoją kolekcję zawiesił na wewnętrznej stronie metalowej szafki. Jest ich tam dziesięć, w tym medal z mistrzostw świata. Za każdym razem, kiedy przychodzi na trening, cieszy się dźwiękiem jaki powstaje, gdy medale odbijają się od otwieranych drzwi.

      - Nie mam tylu medali, ile bym chciał – przyznaje sztangista. – Ze względu na koszty uczestniczyłem tylko w zawodach odbywających się w Polsce i ościennych krajach. Niejednokrotnie brałem pożyczkę, żeby pojechać na jakieś mistrzostwa, a potem spłacałem ją przez pół roku. Kilkanaście lat czekałem aż w Polsce odbędą się mistrzostwa świata. W końcu, kiedy odbyły się w Ciechanowie, zdobyłem złoty medal.

      To właśnie ubiegłoroczny sukces na mistrzostwach świata w kategorii masters odbił się szerokim echem wśród pracowników wrocławskiego MPK. – Oglądaliśmy przez internet bezpośrednią transmisję z zawodów – wspomina brygadier Adam Walaszek – Rysiek nawet nam nic nie wspomniał o tym, że jedzie na mistrzostwa świata. Dowiedzieliśmy się o tym od naszego kolegi-komputerowca, który znalazł informacje w internecie. Mieliśmy akurat przerwę śniadaniową, więc udało nam się w pracy obejrzeć fragment transmisji z mistrzostw. Zawsze trzymamy kciuki za Ryśka. Jest naszym pupilem, bo choć jest silny, to nieduży i zawsze z dobrym humorem.

      Życzkowski nie rozpowiada w pracy o swoich sukcesach. O jego startach w zawodach i medalach wiedzieli głównie najbliżsi współpracownicy. Dyrekcja MPK dowiedziała się o wszystkim dzięki rzeczniczce prasowej, która przeczytała o sztangiście w lokalnej prasie. – O sukcesie naszego pracownika dowiedzieliśmy się z wrocławskich mediów – mówi Agnieszka Korzeniowska, rzecznik prasowy przedsiębiorstwa. – Pan Ryszard jest naszym wieloletnim pracownikiem i naszą wizytówką. Postanowiliśmy go wesprzeć i sfinansować jego start w kolejnych mistrzostwach, które odbędą się na Cyprze jesienią tego roku. MPK zapłaci za bilety samolotowe oraz noclegi.

      54-letni sztangista podkreśla, że bez finansowego wsparcia pracodawcy jego wyjazd na Cypr, gdzie na przełomie października i listopada odbędą się mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów w kategorii masters, byłby niemożliwy. W Limassol Życzkowski ma szansę obronić tytuł mistrza świata, który zdobył w Ciechanowie. Ponownie przyjdzie mu się zmierzyć z najlepszymi na świecie „mastersami”, czyli zawodnikami, których kiedyś nazywało się po prostu oldbojami lub weteranami, najczęściej byłymi reprezentantami swoich krajów.

      Od kilku miesięcy realizuje plan treningowy przygotowujący go do obrony tytułu mistrza świata. Najpierw osiem godzin „rozgrzewki” na zajezdni, a potem profesjonalny trening w sali Śląska Wrocław.

      Czy czegoś żałuje z tych 40 lat ćwiczeń? – Raczej nie odchodziłbym ze Śląska Wrocław – podsumowuje Życzkowski. – Może wówczas pieniądze w innych klubach były większe, ale warunki do treningu jednak najlepsze były tutaj.

      Po chwili zastanowienia dodaje z uśmiechem: - No i szkoda, że nie wyzwałem na pojedynek Pudzianowskiego, kiedy bił w naszej zajezdni rekord świata przeciągając 34-tonowy tramwaj. Strongmani mają rozbudowane zupełnie inne partie mięśni niż osoby podnoszące sztangi. Tam liczy się wysiłek przez dłuższą chwilę, tu jest dynamizm. „Dominator” mógłby się zdziwić gdyby przegrał podnoszenie sztangi ze ślusarzem ubranym w roboczy strój. Ostatecznie jednak poprosiłem go tylko o autograf. Dostałem plakat z dedykacją „dla Rysia”.

      Łukasz Stec

      (Reportaż opublikowany w tygodniku "Przegląd" nr 40/2011)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 października 2011 18:16
  • czwartek, 18 listopada 2010
    • Nowe twarze Monte Christo

      Wspólna potańcówka strażników i osadzonych czy poetyckie obrazy ukazujące rutynę więziennej codzienności? Współcześni pisarze i muzycy przedstawiają rzeczywistość za murami w bardzo różny sposób.  

      O ile twórcy filmowi dosyć często umieszczają akcje swoich dzieł w więzieniach, o czym świadczyć mogą chociażby aż dwie listy „więziennych” przebojów kinowych publikowane na naszych łamach, tak wśród książek znajdziemy niewiele współczesnych wersji „Hrabiego Monte Christo”. W polskiej prozie ostatnich kilkudziesięciu lat rozgłos zyskały raptem trzy tytuły: „Mury Hebronu” Andrzeja Stasiuka, „Zbrodnia i…” Jerzego Nasierowskiego i „Kryminalista” Jacka Głębskiego. Niestety, żadna z tych książek nie oddaje realiów współczesnego więzienia – akcje dwóch pierwszych toczą się jeszcze w czasach PRL-u, natomiast wydany w 2000 r. „Kryminalista” bazuje wyłącznie na fantazjach autora oraz… „Słowniku tajemnych gwar przestępczych”. 

       Najlepsze portrety ze schyłku PRL-u

      Zdecydowanie najciekawszą pozycją na tej liście są opublikowane w 1992 r. „Mury Hebronu”. Andrzej Stasiuk to dziś jeden z najbardziej uznanych polskich pisarzy, laureat Literackiej Nagrody Nike, tłumaczony na kilkanaście języków. Pierwszą książkę napisał korzystając ze swoich więziennych przeżyć z lat 80., kiedy został skazany za dezercję z wojska. „Mury Hebronu” składają się z 12 opowiadań – 11 poetycki obrazów ukazujących więzienną codzienność, jej rutynę i poczucie samotności oraz z dłuższego opowiadania „Opowieść jednej nocy”, będącego monologiem recydywisty, brutalną historią jego przestępczego i więziennego życia, opowiadaną młodemu koledze „spod celi”.

      Realia więzienne schyłku PRL-u są także sportretowane w „Zbrodni i…”, która była bestsellerem roku 1988, gdy została wydana w wersji okrojonej przez cenzurę. Aktor Jerzy Nasierowski, będący zarówno autorem, jak i narratorem powieści, został skazany na 25 lat więzienia w jednym z najgłośniejszych procesów lat 70., w którym oskarżono go o współudział w morderstwie popełnionym przez jego kochanka. „Zbrodnia i…” to opowieść o człowieku w sytuacji granicznej, historia walki inteligenta ze społecznością więźniów, gejowski romans z masą drobiazgowych opisów zachowań osadzonych w tle.

      Pisząc „Kryminalistę” Jacek Głębski nie miał takich życiowych doświadczeń jak Stasiuk czy Nasierowski. Być może właśnie ich brak spowodował, że o książce ciężko powiedzieć cokolwiek dobrego. Krytyk Dariusz Nowacki na łamach pisma „Latarnik” (nr 20/2000) pisał: „W Kryminaliście aż gęsto od bzdur (…) i niewiarygodności tak w obrębie więziennych realiów (np. każdy strażnik to sadysta, a wychowawców i kapelanów nie ma w ogóle), jak i przede wszystkim w zakresie motywacji fabularnych i psychologicznych”.

      Hip-hopowi znawcy tematu

      Więzieniem zajęli się też przedstawiciele bardzo odmiennych gatunków muzycznych. O pobycie za kratami śpiewają muzycy grający rock, pop, hip-hop. - Słynni rockandrollowcy, jak Tom Waits, Johnny Cash czy Elvis Presley, jako jedni z pierwszych otwarcie i bez wstydu śpiewali o wyrokach i więzieniu, ale to hip-hopowcy stali się znawcami tematu – mówi Joanna Kawka z portalu Muzyka.pl. - Przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać w kulturze afroamerykańskiej społeczności, która jawnie przeciwstawia się prawom ustanowionym przez „białych”. Polscy wykonawcy przejęli tę niechęć wraz z bitami, stylem śpiewania i ubiorem. Na gwiazdach gangsta-rapu, takich jak KRS-one, Ice T czy Snoop Dog, wzorowali się rodzimi „niegrzeczni chłopcy”, np. Peja czy Chada.

      Polscy hip-hopowcy, podobnie jak amerykańscy gangsta-raperzy, tematy więzienne często znają z autopsji, ewentualnie z opowieści osób ze swojego środowiska. Wspomniany Chada tuż przed wydaniem swojej pierwszej płyty został… pensjonariuszem ZK w Bydgoszczy-Fordonie. W swoim utworze „Podnoszę się” rymuje: „Otwieram whisky, piję za tych co w więzieniach, też mam wiele na sumieniu, wyroki w zawieszeniach” (ostatecznie wyroki, o których śpiewa, po kolejnym dokonanym przestępstwie zostały przez sąd zamienione na pobyt w bydgoskim więzieniu). Album Chady uznano za najlepszą płytę hip-hopową 2009 r. Dla kogo została nagrana? - - To płyta dedykowana ulicznej patologii; złodziejom, nałogowcom, dilerom – wyznaje raper w jednym z wywiadów.

      Muzycy reprezentujący inne gatunki raczej nie mają życiowych doświadczeń podobnych do hip-hopowców, przez co nieraz w swoich tekstach traktują więzienie w całkowicie odmienny sposób. Najlepszym przykładem jest Elvis Presley, który w wielkim przeboju „Jailhouse rock” urządza… więzienną imprezę. Osadzeni tańczą, grają na saksofonie i puzonie, a „interweniujący” strażnik mówi do więźnia „stary, nie stój z boku, jeśli nie możesz znaleźć partnera do tańca – tańcz z drewnianym krzesłem”. 

       Luksusowy klub bez strażników

      W tak rozrywkowy sposób więzienie zostało przedstawione w tanecznym hicie z lat 50. A jak rzecz wygląda we współczesnym popie? - Tutaj obraz więzienia również jest mocno wygładzony i przesłodzony, samo zniewolenie zaś jest najczęściej metaforą nieodwzajemnionej albo zaborczej miłości. – mówi Joanna Kawka. - Doskonałym przykładem jest utwór „Sweet Escape” Gwen Stefani. Teledysk, który powstał do tej piosenki, pokazuje więzienie tak, jak widzą je muzycy pop: cela przypomina luksusowy klub, a strażnicy są… nieobecni.

      Trzecie podejście do tematyki więziennej reprezentowane było swego czasu przez polskich bardów i muzyków rockowych. Cela była tu najczęściej metaforą systemu komunistycznego, a jeśli pojawiała się dosłownie, to skazanym nie był pospolity przestępca, lecz działacz opozycji. Tak było chociażby w przypadku „Karola Levittoux” Przemysława Gintrowskiego czy „Ballady o ubocznych skutkach alkoholizmu” Jacka Kaczmarskiego.   

      Nie można w tym miejscu pominąć więziennych pieśni tradycyjnych, jak „Wronki”, „Pieśn o Kurkowej”, „Smak celi”, „Sądeckie więzienie”, czy – przede wszystkim – „Czarny chleb i czarna kawa”. Melodia tej ostatniej pochodzi z przeboju „Na Na Hey Hey Kiss Him Goodbye” nagranego przez zespół Steam w 1969 r. Polska, więzienna wersja została zamieszczona na płytach zespołów Hetman i Strachy na Lachy.

      Łukasz Stec

      (Tekst opublikowany w miesięczniku "Forum Penitencjarne" nr 8/2010)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 listopada 2010 10:52
    • Mel Gibson w areszcie

      Czterdziestu osadzonych, niewielki stolik wypożyczony z celi, scena, a na niej jeden z najlepszych śląskich aktorów ubrany w… więzienny strój. W Areszcie Śledczym w Katowicach wystąpił Teatr Korez z wyśmienitym monodramem „Kolega Mela Gibsona”.

      Monodram jest uznawany za bardzo trudną formę teatralną. Wymaga od aktora gry tak absorbującej, by mógł utrzymać pełną uwagę widza wyłącznie na sobie, przez cały spektakl. Rzecz tym trudniejsza, gdy na widowni zasiadają osoby, które z teatrem zazwyczaj nie mają nic wspólnego.

      Z własnej inicjatywy

      Mirosław Neinert, aktor i zarazem dyrektor katowickiej sceny Korez, sam wystąpił z inicjatywą zagrania w miejscowym areszcie. Zgodził się wystąpić za darmo. – Czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego, że za tymi murami żyją normalni ludzie – mówi aktor. – To, że zrobili coś złego nie znaczy, że teraz mają być całkowicie wyłączeni ze społeczeństwa. Trzeba im stwarzać okazje do uczestnictwa w kulturze, bo inaczej przemienią się w tych, za jakich najczęściej ich uważamy. A nie zawsze takimi są – dodaje.

      Sam spektakl, ze względu na specyficzne miejsce prezentacji, miał swoje drugie dno. Cała akcja rozgrywa się bowiem w trakcie policyjnego przesłuchania, a bohaterem monodramu jest aktor oskarżony o napad na bank. Aktor nie byle jaki, lecz sam Feliks Rzepka – znany, ceniony, podziwiany, wielki. Przynajmniej sam tak twierdzi. Jest bowiem Rzepka narcyzem i mitomanem pierwszej kategorii. Uwielbia rozwodzić się na temat swoich scenicznych sukcesów i statystyk dotyczących rozdanych autografów, nazywanych przez niego pieszczotliwie „autosami”. Nie wstydzi się przy tym wspomnień o wykonywanych chałturach. Chociażby tej na imprezie zarządu sieci stacji paliw, gdzie aktor serwował alkohol, będąc przebranym za… dystrybutor. Ale i ta „rola”, zdaniem Feliksa Rzepki, wymagała wielkiego kunsztu, nadania odpowiedniej dramaturgii. 

      Osadzeni spisali się śpiewająco

      Jak spektakl został przyjęty przez osadzonych? – Reakcje były bardzo żywe, choć nie ma tu, oczywiście, porównania z „klasyczną” publicznością – mówi por. Wojciech Brzoska, wychowawca do spraw k.o. w katowickim areszcie, organizator imprezy. – Przede wszystkim osadzeni byli bardzo skupieni na spektaklu – dodaje.

      Na szczególną uwagę zasługuje też moment, kiedy aresztowani zaczęli wraz z aktorem… śpiewać. Bohater monodramu wspominał swoje występy dla amerykańskiej Polonii, dzięki którym przydarzyło mu się lecieć jednym samolotem z Melem Gibsonem (stąd tytuł sztuki). W ramach chałtur za oceanem Feliks Rzepka śpiewał głównie piosenki biesiadne. Wystarczyło, by Mirosław Neinert zaintonował jedną z nich, a całą świetlicę katowickiego aresztu wypełniły słowa piosenki „O mój rozmarynie”.

      Areszt Śledczy w Katowicach od pewnego czasu słynie z ciekawych wydarzeń kulturalnych. Por. Brzoska zorganizował już w nim m.in. koncerty zespołów Świetliki, Pogodno, Czesław Śpiewa oraz kilka spotkań z pisarzami. – Mam sporo kontaktów w świecie literackim, trochę w muzycznym – mówi wychowawca, który sam jest poetą, a jego książki tłumaczone były na kilka języków. – Nie mam natomiast takich znajomości w świecie teatralnym. Próbuję dopiero te ścieżki wydeptywać. Uważam, że lepiej jest przeznaczyć choć minimalne środki na tego typu wydarzenia niż np. na kolejny sprzęt sportowy. Takie występy zostają w pamięci i w rozmowach osadzonych na wiele miesięcy – kończy Brzoska.

      Profesjonalnie i z poczuciem humoru

      Jak na pierwszy występ teatralny, osadzeni z katowickiego aresztu lepiej trafić nie mogli. Komedia „Kolega Mela Gibsona” to spektakl, który zdobył główną nagrodę na VI Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego, a Mirosław Neinert – Złotą Maskę za rolę Feliksa Rzepki. Scenariusz, specjalnie dla Teatru Korez, napisał satyryk Tomasz Jachimek.

      W świetlicy aresztu sztuka została odegrana na scenie i przy profesjonalnym oświetleniu. Znany z poczucia humoru aktor zakończył występ w swoim stylu: - Cieszę się, że mogłem tutaj zagrać. Gdybym teraz do was trafił, miałbym chyba łatwiej.

      Łukasz Stec

      (Tekst opublikowany w miesięczniku "Forum Penitencjarne" nr 5/2010)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 listopada 2010 10:37
  • środa, 03 marca 2010
    • Zapiski irlandzkie (7) – Czy jesteś już Irlandczykiem?

      Osoby, które spędziły trochę czasu na Zielonej Wyspie, łączy jeden poważny dylemat - jak bardzo irlandzki się stałem? Czy w głębi duszy siedzi we mnie typowy Kowalski czy może już niejaki O'Leary?

      Aby dłużej nie zadręczać się tymi trudnymi pytaniami, proponuję wykonanie z przymrużeniem oka poniższego quizu, który to jednoznacznie rozwiąże kwestię Państwa tożsamości.

      1. Stoisz na przejściu dla pieszych. Świeci czerwone światło. Co robisz?

      a) Przeklinam polityków i czekam na zielone.
      b) Niczym się nie przejmując, przechodzę na drugą stronę.
      c) Czekam aż zbliży się pędzący motocykl albo tramwaj, aby zwinnie śmignąć tuż przed jednym z nich.

      2. Jak spędzasz święta Bożego Narodzenia?

      a) Kupuję szampana i zabawiam się ze znajomymi w morsa - pływamy w morzu, po czym ganiamy się po plaży.
      b) Czekam na prezent
      od wujka z USA.
      c) Nieważne jak - ważne, by na stole było dwanaście potraw.

      3. Co porabiasz 31 października?

      a) Przebieram się za Draculę, po czym spożywam tyle Guinness'a, że tracę poczucie tożsamości.
      b) Stoję w korkach jadąc na groby.
      c) Próbuję podpalić jakiś samochód, a przynajmniej szopę na narzędzia sąsiada.

      4. Największy artysta estradowy to oczywiście?:

      a) Bono! (A wiecie, że ciocia szefa mojego sąsiada zna żonę dostawcy mleka Bono!?)
      b) Shane MacGowan - w jakimkolwiek stanie by nie był!
      c) Oczywiście że Doda. Chociaż Chopin też był niczego sobie!

      5. Kiedy zamierzasz wyprowadzić się od swoich rodziców?

      a) Poczekam jeszcze, a nuż to rodzice się wyprowadzą?
      b) Przecież zrobiłem to już dzień po zdaniu matury!
      c) O co ci chodzi?! Przecież mam dopiero 35 lat!

      1. a - 0 pkt., b- 1 pkt., c - 2 pkt., 2. a - 2, b - 1, c - 0, 3. a - 1, b - 0, c - 2, 4. a - 1, b - 2, c - 0, 5. a - 1, b - 0, c - 2.

      Jeśli twój wynik mieści się w granicach 3-6 punktów to znaczy, że jesteś już Irlandczykiem!

      0 - 2 punkty

      Nawet po kilku latach na obczyźnie codziennie zajadasz się bigosem i kaszanką. Jeśli urodzi Ci się syn, dobrze wiesz, że nadasz mu imię Fryderyk, ewentualnie Mieszko. Interesujesz się polityką, przez co jesteś w permanentnym stanie przedzawałowym. Nie tak łatwo zaingerować w Twoją tożsamość narodową!

      3 - 6 punktów

      Twój ulubiony widok to hasające po zielonych łąkach owce, a ukochane dźwięki to pierwsze takty piosenki, w której U2 wypomina Angolom "Krwawą Niedzielę". Codziennie pijesz Guinness'a, dzięki czemu posiadasz już słynny "piwny płaszcz", przez co nawet w środku zimy biegasz po ulicach w samym t-shircie. Tak, jesteś już Irlandczykiem!

      7-10 punktów

      Prawdopodobnie wykonywałeś ten quiz z pomocą znajomego, który pamięta jeszcze polski język. W wolnym czasie ganiasz po ulicach angielskich okupantów, a w głębi duszy marzy Ci się przeprowadzka do Bostonu. Twoje włosy przybrały dziwnie rdzawą barwę. Jesteś stuprocentowym Irlandczykiem!

      Łukasz Stec

      (Felieton opublikowany na łamach dwutygodnika "Praca i nauka za granicą", przedrukowany przez portale Onet.pl i Interia.pl)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      środa, 03 marca 2010 14:46
  • wtorek, 16 lutego 2010
    • Sezon na farmie

      Byli skazani na siebie przez sześć tygodni: zawodowy snowboardzista z Czech, angielski kryminalista, absolwent socjologii na francuskim uniwersytecie i były przewodniczący zakładowej "Solidarności" ze Śląska.

      Farma Jamesa nie należy do największych w hrabstwie Kent. Są tu i takie, w których co sezon pracuje po 200-300 osób - pickerów (ang. zbieraczy). U Jamesa ma być ich tylko trzynastu.

      James prowadzi farmę ze swoim bratem i jego synem. Pracy nie dostanie się tu z ogłoszenia, lecz wyłącznie dzięki poleceniu osoby przez kogoś, kto pracował tu wcześniej.

      Farma składa się z trzech sadów, w których rośnie siedem gatunków jabłek. Oficjalnie zbiory zaczynają się pierwszego września. Tego dnia na farmie są już cztery osoby. I pies.

      Wiesiek jest rencistą z Polski. Zdenka jest Czeszką, ale przyleciała ze Szwajcarii, gdzie trenowała snowboard ze swoim chłopakiem. David przyleciał z Indii, gdzie mieszkał przez ostatnie pół roku, a Wayne - spod Manchesteru, skąd przywlókł ze sobą cały dobytek, w tym sukę Megan.

      Schabowy z haszyszem

      Pickerzy mieszkają w przyczepach kempingowych nazywanych tu z angielskiego karawanami. Przyczepy są jedno-, dwu- i trzyosobowe. Stoją kilkadziesiąt metrów od domu właścicieli.

      W środku mieści się kuchnia dla pickerów, która na sześć tygodni stanie się miejscowym centrum towarzyskim. W kuchni miesza się wszystko: zapach schabowego z zapachem haszyszu, czeskie przekleństwa z francuskim reggae, odgłos wbijanych lotek do darta z warczeniem psa.

      Schabowy to specjalność Wieśka, który przywiózł ze sobą dwie walizki jedzenia przygotowanego przez żonę. Przyjechał autokarem, bo w samolocie musiałby płacić za nadbagaż, a tego chciał uniknąć. Pracę na farmie załatwił mu kolega, który pracował u Jamesa przez kilka sezonów. Tym razem nie przyjechał ze względu na wypadek żony.

      Wiesiek czuje się nieco zagubiony. Nie zna angielskiego. Mija trochę czasu, zanim orientuje się, że Anglicy nie zrozumieją go, nawet gdy po polsku będzie mówił bardzo powoli. Irytuje go to tak bardzo, że wygarnie Wayne'owi: - Chińczycy potrafią, to i ty mógłbyś się polskiego nauczyć!

      Już na początku sezonu David kłóci się z Wayne'em. - To, że był w Indiach, nie znaczy, że jest prawdziwym podróżnikiem! - oburza się David. - Takich jak on pełno widziałem w Indiach i Tajlandii. Potrafią tylko śmiecić i nic więcej.

      33-letniego Davida tak naprawdę złości coś innego - nie podoba mu się, że Zdenka uwielbia Megan. Od uwielbienia psa jest niebezpiecznie blisko do uwielbienia jego właściciela. A Zdenka to przecież jego zdobycz. To on załatwił jej pracę na farmie po tym, jak poznali się trzy lata wcześniej w Nowej Zelandii. - Mieliśmy tam romans - tłumaczy - ale to w zasadzie nic poważnego - zastrzega.

      Jeszcze raz i wracacie do domu

      Na farmę dojeżdżają kolejni Polacy, Czesi i Estończyk. Sezon zapowiada się fatalnie, bo przez cały sierpień było sucho i jabłka są bardzo małe. A James płaci tak jak zawsze: dziesięć funtów za skrzynię bramley'i i po dwanaście za skrzynię pozostałych gatunków.

      Dziennie picker zarabia od 40 do 120 funtów. Zależy od gatunku jabłek, ich wielkości, pogody i doświadczenia zbieracza. Picker spędza w sadzie po dziewięć-dziesięć godzin dziennie. Przed nim dwa rzędy drzew, rząd skrzyń na drodze, na ramionach - kosz.

      James jest wściekły na marny sezon nawet bardziej niż pickerzy. Ci doświadczeni mówią, że go nie poznają. Chodzi pomiędzy rzędami jabłoni i sprawdza zebrane owoce. Jeśli są mniejsze niż wyznacza to odpowiedni pierścień albo są choć trochę poobijane, robi awanturę. - What the f... is this? Co to k... jest? To g..., a nie jabłka. Jeszcze raz i wracacie do domu!

      Wieczorem pickerzy gromadzą się w kuchni. Rozmawiają i palą haszysz. To jedyna rozrywka na farmie. W wiosce są jeszcze dwa puby, ale piwo jest tam za drogie.

      Pickerzy chwalą zdobyty przez Wayne'a towar. Podobno pochodzi z Pakistanu. Aby go kupić, wystarczy przejść przez sad i przeskoczyć ogrodzenie. Kilkaset metrów dalej stoi chatka, w której mieszka pewien Szkot. To on diluje w okolicy.

      Więzienie imprezuje

      Po powrocie z sadu każdy musi wpisać się do zeszytu leżącego w kuchni. Liczba zebranych skrzyń, stawka, przepracowane godziny. Najgorzej wypada Wayne, któremu w zrywaniu ciągle przeszkadzają telefony. Dzwonią matki jego dzieci. Wayne lekko nie ma, bo dzieci ma szóstkę. Z trzema różnymi kobietami.

      Kiedy rozmawiamy o piłce nożnej, Wayne wspomina: - Najlepszy był mecz Anglia - Niemcy, który wygraliśmy 5:1. Całe więzienie wtedy imprezowało!

      Grzecznie pytam, czy był tam jako pracownik, czy jako gość. - Jako gość - odpowiada z uśmiechem.

      Co drugi wieczór Zdenka znika gdzieś razem z Davidem. David ma samochód. Mówią, że jadą do najbliższej większej miejscowości. Po powrocie jedzą wspólny obiad i idą spać do Zdenki. - Nie mogę spać u siebie, bo denerwuje mnie Wayne - tłumaczy niepytany David.

      Edukację zakończył na podstawówce i od dwunastu lat jest pickerem. Jesienią zbiera jabłka u Jamesa, a zimą kwiatki w Kornwalii. Trzy miesiące pracy w roku pozwalają mu przeżyć pozostałą jego część. Zawsze poza Anglią. Mieszkał już w Tajlandii, Indiach, Indonezji, Australii i Nowej Zelandii, gdzie poznał Zdenkę.

      Zdenka od roku ma innego chłopaka - Czecha. Połączyła ich pasja do nart. Pavel jest zawodowym snowboardzistą, przez co pół roku spędza w Szwajcarii, gdzie są najlepsze warunki do treningów. Po zakończeniu sezonu jabłkowego Zdenka planuje wrócić tam z Pavelem.

      Murzynka Wieśka

      Najwięcej pije Wiesiek. Ma 51 lat i szuka polskiego towarzysza, któremu będzie mógł wszystko opowiedzieć. O tym, jak działał w podziemiu jako przewodniczący zakładowej "Solidarności", o tym, jak pracował na kopalni, ale miał wypadek i został rencistą, jak jeździł na wszystkie górnicze demonstracje do Warszawy, o tym, jak miał Murzynkę, o tym, jak miał Wietnamkę, jak miał Czeszkę i inne dziewczyny z pobliskiego akademika w Gliwicach.

      Dziś Wiesiek ma dwójkę dzieci i żyje z górniczej renty. Dorabia, pracując przy remontach i hydraulice. Jabłka zbiera po raz pierwszy i bardzo mu zależy, żeby James zechciał go na kolejny sezon. Zbiera jabłka bardzo dokładnie, a pierwszego dnia dał właścicielom farmy statuetki z węgla - taki symboliczny prezent za przyjęcie do pracy.

      Wayne zazdrości Davidowi wspólnych wyjazdów ze Zdenką do miasta. Za pierwszą wypłatę kupuje używanego forda. Jedzie nim na urodziny swojego starszego syna. Na farmę wraca z workiem marihuany, z której sporządza "magiczne ciasteczka". Przez dwa tygodnie częstuje nimi wszystkich. Nieświadomy niczego Wiesiek staje się bardziej rozmowny.

      Na farmę dojeżdżają czescy snowboardziści - Pavel, Jan i Lucka. Wszyscy chcą na farmie dorobić, bo z samych nart nie idzie się utrzymać.

      Pavel to chłopak Zdenki. Ma 32 lata i szykuje się na ostatni sezon kariery. Wcześniej trenował boks. Teraz zastanawia się, czy nie wypróbować go na Davidzie.

      Lucka studiuje weterynarię w Czechach, a Jan skończył we Francji socjologię. Temat pracy magisterskiej: "Wpływ marihuany na poczucie tożsamości".

      Pickerskie oddechy

      Deszcz nadal nie pada, jabłka rosną bardzo powoli. Sfrustrowany James wyżywa się na pracownikach - robi wielką awanturę, gdy przesiadują pewnego wieczoru w kuchni, innym razem organizuje poranne przemówienie, podczas którego nakazuje mycie zębów, ponieważ ma dość śmierdzących pickerskich oddechów.

      W piciu Wieśkowi dorównuje Anglik Johnny. Z tym, że ten zaczyna już rano, podczas pracy. Któregoś dnia piją nawet razem. Ze słownikiem polsko-angielskim, do którego po kolei co chwilę zaglądają, by móc się jakoś porozumieć.

      Johnny jest na farmie Jamesa już drugi raz. Przyprowadził go tu Wayne, który znał go z innej farmy. O 31-letnim Johnnym wiadomo tyle, że urodził się w Londynie, używa fałszywego nazwiska i ma siedmioletnią córkę, która co weekend odwiedza go tu z matką - pół-Cyganką, której rodzice sprowadzili się do Anglii z Węgier.

      Wayne powoduje stłuczkę w pobliżu miejscowego sklepu. Wjeżdża w zaparkowany samochód, po czym ucieka. Musi uciekać, bo nie ma przecież prawa jazdy. Auto ukrywa u znajomego z innej farmy.

      Każdego dnia pickerskie statystyki są takie same - najwięcej jabłek zerwał David, najmniej - Wiesiek. Wszyscy jednak wiedzą, w czym tkwi tajemnica Anglika, i coraz głośniej o tym plotkują. Nie dość, że nie zapełnia żadnej skrzyni do końca, to jeszcze połowę dobrych jabłek zostawia na drzewach. Zbiera tylko te, po które nie musi się schylać albo przedzierać między gałęziami. Najbardziej denerwuje to Wieśka i Pavela. Dobrze wiedzą, że gdyby oni zbierali w taki sposób, już dawno wylecieli by z farmy. Bo kiedy nie jesteś Anglikiem, James złośliwie wytknie ci nawet jedno niezerwane jabłko.

      Kilka lat temu na farmie pracowały dwie Ukrainki. Codziennie brały amfetaminę, dzięki czemu zbierały dwa razy więcej jabłek od pozostałych pickerów. James nie chciał ich jednak więcej widzieć, ponieważ ilość nie szła w parze z jakością. Co innego Borys - Rosjanin, który potrafił zerwać w ciągu dnia nawet dwadzieścia skrzyń dobrych jabłek, przez co stał się legendą farmy.

      Kiedy dwóch Polaków "porwało" z samochodu na parkingu pluszowego królika, było jasne, że nowa maskotka farmy musi nazywać się Borys. Do końca sezonu królik Borys zajmuje honorowe miejsce przy kuchennym stole, dzierżąc w dłoniach puszkę piwa oraz ogromnego skręta.

      Ktoś wpisuje go nawet do zeszytu ze statystykami zbiorów, przypisując pluszakowi rekordy zebranych jabłek. Żart spodobał się nawet Jamesowi. - Chcę go tu mieć na następny sezon! - śmieje się.

      Sezon się kończy. Nikt nikogo nie pobił. Tylko lustro z kuchni zniknęło. Rozbiła je kuchennym tasakiem Zdenka po tym, jak przesadziła z alkoholem i haszyszem. Czeszka wraca do domu razem z Pavelem. David samotnie wylatuje do Brazylii, gdzie zamierza ćwiczyć capoirę.

      Wszyscy planują wrócić na farmę za rok. Wiesiek postanowił nawet nauczyć się do tego czasu angielskiego.

      (Reportaż publikowany w Gazecie Wyborczej z dnia 3 lutego 2010 r.)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 lutego 2010 11:58
  • piątek, 15 stycznia 2010
  • sobota, 07 listopada 2009
  • piątek, 21 sierpnia 2009
    • Burak polskim ambasadorem

      Który hotel cieszy się najlepszą opinią wśród zagranicznych turystów? Marriott w Warszawie? Grand Hotel w Sopocie? Nie - obcokrajowcy najbardziej cenią sobie pobyt w dwustuletniej oborze na Dolnym Śląsku, przebudowanej przez parę emerytów z Londynu.

      Na pierwszy rzut oka Łaziska nie różnią się od 42 tysięcy innych polskich wsi. Przy skrzyżowaniu stoi sklep spożywczy, w którym kupić można coś do chleba i papierosy jednej z pięciu dostępnych marek. Naprzeciwko sklepu droga jest nieco poszerzona, aby mógł tu zawrócić autobus, który czasami przyjeżdża z pobliskiego Bolesławca. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi biała kaplica, w której ksiądz zjawia się w każdą niedzielę.

      Psy szczekają na przyjezdnych tak, jak miały w zwyczaju czynić zawsze, a rolnicy uprawiają zboże na otaczających wieś polach tak, jak robili to ich ojcowie albo Niemcy zamieszkujący Łaziska przed wojną i nazywający je Looswitz.

      560 mieszkańców wsi ma do centrum Bolesławca 4 kilometry, do Wrocławia - aż 116, znacznie dalej niż do niemieckiej granicy oddalonej o ledwie 50 kilometrów.

      Ruina z potencjałem

      Pięć lat temu w Łaziskach wystawiono na sprzedaż budynek gospodarczy z 1779 roku - zupełną ruinę, dla której jedynym przeznaczeniem wydawała się rozbiórka i budowa na jej miejscu czegoś nowego.

      Przez wieś przejeżdżała akurat Barbara Ałaszewska, Polka od urodzenia mieszkająca w Londynie.

      - Przyjechałam tu ze znajomym antykwariuszem i chodziliśmy po budynku z latarką - mówi łamaną polszczyzną. - Od razu zakochałam się w tym miejscu i bardzo szybko je kupiłam. Dopiero potem zastanowiłam się, że nie ma tu ani prądu, ani wody, a mój mąż prosił, żebym kupiła dom, do którego można się wprowadzić od razu i w którym można zająć się agroturystyką.

      Gdy John Ałaszewski zobaczył, co kupiła żona, złapał się za głowę: - To wyglądało okropnie. Żeby zobaczyć w tym miejscu potencjał, trzeba było sporo wyobraźni. Przede wszystkim próbowałem wyobrazić sobie, ile trzeba będzie w to włożyć pieniędzy.

      Córka piłkarskiej gwiazdy

      W Londynie John pracował w firmie organizującej konferencje. Ciągle w drodze, po całej Wielkiej Brytanii, czasem po Europie, do domu wracał nocą, nie mając czasu dla siebie czy rodziny. Mimo że jest rodowitym Anglikiem - polskie nazwisko przejął po żonie - Londynu miał już dosyć. Miasto z roku na rok stawało się coraz bardziej zatłoczone, wokół sami obcy ludzie - nie o tym marzył na stare lata.

      Barbara urodziła się w Londynie. Jej rodzice wyemigrowali z Polski dwa dni przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ojciec, Mieczysław Ałaszewski, był znanym piłkarzem, grał w ŁKS-ie i Polonii Warszawa. Do dzisiaj nikt nie strzelił w ekstraklasie tylu bramek dla Polonii co on. W Anglii Barbara sprzedawała antyki.

      To dzięki swojej pracy będącej jednocześnie jej pasją dziewiętnaście lat temu trafiła na słynną ceramikę z Bolesławca.



      - Znalazłam ją w Cepelii we Wrocławiu i kupiłam tyle, ile mogłam - wspomina. - To kamionka bardzo dobrej jakości, a w Anglii jest tylko jedna firma, która produkuje coś podobnego; jej wyroby są bardzo drogie. Zaczęłam więc kontenerami sprowadzać do Anglii ceramikę z Bolesławca. Kupowały ją ode mnie największe galerie.

      Dzięki ceramice Barbara poznała Bolesławiec i wielu jego mieszkańców. W ten sposób trafiła na opuszczony budynek w Łaziskach, w którym przed wojną niemiecka rodzina Seidel trzymała zwierzęta, sprzęt gospodarczy i maszyny tkackie.

      - Wszyscy marzą, żeby na emeryturę uciec z Londynu - opowiada. - Południowa Francja jest pełna Anglików, którzy wyjeżdżają tam na stare lata i prowadzą jakieś małe biznesy. Mnie zawsze ciągnęło do Polski. Pierwszy raz przyjechałam tu w latach 60. i od tamtego czasu, w przeciwieństwie do mojego brata i siostry, często tu wracałam.

      Czytaj dalej>

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      piątek, 21 sierpnia 2009 15:22
    • Zapiski irlandzkie (2) – Irish English

      Jak reagują Irlandczycy, kiedy słyszą słowo Ohio”? Odpowiadają fine, thanks” Nie bez zasady anegdota ta jest bardzo popularna wśród imigrantów zamieszkujących Zieloną Wyspę. Nawet jeśli przyjeżdża się tu z wszelakimi certyfikatami językowymi, z piątkami z angielskiego na maturalnym świadectwie, czy z bogactwem słownictwa przewyższającym polszczyznę niejednego rodaka – należy porzucić wszelką nadzieję. A już na pewno przestać się łudzić, że usłyszy się czysty i wzniosły akcent w stylu Tony’ego Blaira czy Hugh Granta.
      Więcej »

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      piątek, 21 sierpnia 2009 15:06
  • piątek, 07 sierpnia 2009
    • Związki nieidealne

      Prawdziwe feministki, które znam, kochają facetów. Do tego nurtu należę - Rozmowa z Katarzyną Grocholą. O związkach, feministkach i plemnikach.
      Więcej »

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      piątek, 07 sierpnia 2009 10:37
    • Zapiski irlandzkie (1) – Luz blues

      Pewnego wieczoru jeden z moich znajomych nie został odebrany na lotnisku przez swojego polskiego kolegę. W Dublinie był po raz pierwszy. Próbował się do niego dodzwonić, żeby dowiedzieć się chociaż dokąd ma kierować swoje kroki, jednak ten nie odpowiadał. W swojej rozpaczy postanowił więc spędzić pierwszą noc siedząc na walizkach na O’Connell Street i popijając Guinnessa. Tę prowizoryczną sielankę przerwało pojawienie się Gardy – irlandzkiej policji. Ładny początek – pomyślał - nie dość, że znajomy wystawił mnie do wiatru to jeszcze przyjdzie mi zapłacić mandat za spożywanie piwa, za które w przeliczeniu dałem do tego całe dwanaście zeta. Jakież było jego zdziwienie, kiedy policjanci uśmiechnęli się do niego i grzecznie poprosili o wyrzucenie puszki, kiedy skończy pić.
      Więcej »

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      piątek, 07 sierpnia 2009 10:16
  • niedziela, 12 lipca 2009
    • Szeryf IV RP

      Rozmowa z Witkiem, Gościem z Atlantydy - ulicznym muzykiem, który zasłynął występami w telewizyjnym programie „Lalamido” i koncertami na „Przystanku Woodstock”. Jest założycielem jednoosobowej partii i autorem projektu konstytucji opartej na myślach Sokratesa. Obecnie mieszka i występuje w Dublinie.
      Więcej »

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      luk.tom
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lipca 2009 05:30

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny