Wpis

poniedziałek, 17 listopada 2014

Kij i marchewka

Czy nie-emigranci mogą zrozumieć emigrantów? Czy polskie myślenie o emigracji zawsze będzie mieć cechy systemu zero-jedynkowego, w którym te dwie cyfry wiążą się albo ze zmywakiem, albo z milionem dolarów?

W 2008 r. na ekranach polskich kin pojawił się film "Lejdis" Tomasza Koneckiego. Jedyna scena z tej produkcji, jaka utkwiła mi w pamięci to fragment, kiedy jedna z bohaterek poznając pewnego mężczyznę dowiaduje się, że ten przez kilka lat mieszkał w Londynie, pyta go z lekką pogardą w głosie "zmywak?". Jej rozmówca pracował w Anglii jako grafik komputerowy, a sama scena dość wyraziście przedstawiała jedną z dwóch dominujących percepcji emigracji w Polsce. To podejście, w którym emigracja wiąże się wyłącznie z takimi słowami jak "zmywak", "porażka", "ucieczka", "nieudacznik". Tu emigrantem może być tylko osobą, której "nie wyszło" w płynącej mlekiem i miodem krainie nad Wisłą, przez co zmuszona była wyjechać do kraju obcego i okropnego, w którym zresztą nie mieszka tylko "siedzi". Na gruncie semantycznym bardzo często stosowane wyrażenia typu "Tomek siedzi w Londynie", "Anka siedzi w Stanach" są ciekawe, choć proste w interpretacji, w dość wyrazisty sposób wiążąc emigrację z czymś na co jest się skazanym, czymś czego doświadcza się za karę, lub mówiąc wprost - z więzieniem.

W ten nurt wpisać można również swego czasu bardzo popularny w polskich mediach temat "eurosieroctwa". Socjolodzy szybko określili go mianem siania paniki moralnej, czyli generalizowania pewnych pojedynczych przypadków, a następnie ich wyolbrzymiania. Termin ten powstał w latach 70-tych w Wielkiej Brytanii, kiedy to brytyjskie media nagłaśniały i demonizowały niszowy konflikt subkultury rockersów z subkulturą modsów, a sprawę wyolbrzymiono tak bardzo, że w społeczeństwie pojawiła się niechęć i lęk w stosunku do wszystkich ruchów młodzieżowych, mniejszości czy mniej znanych ugrupowań społecznych i politycznych.
 
Istnienie tego silnego nurtu percepcji emigracji nie może dziwić. Przyczyn jego pojawienia się można szukać zarówno na gruncie psychologicznym, jak i społeczno-politycznym. Uprawiające przez ostatnie lata propagandę sukcesu media w Polsce zupełnie przestały rzeczywistość opisywać, tworząc ją najzwyczajniej na nowo. Za przykład może tu posłużyć materiał "informujący" użytkowników pewnego bardzo popularnego portalu o tym, że w krakowskich hotelach i hostelach można zarobić więcej niż w ich odpowiednikach w Dublinie. Tak skrajne naginanie rzeczywistości, powtarzane wielokrotnie, może wywołać pewne reakcje i formować pewne postawy. Tymczasem osobiście znałem pracowników tej branży zarówno w Dublinie jak i w Krakowie. Zwykły recepcjonista w Dublinie zarabiał około 7 tys. złotych, natomiast manager hostelu w Grodzie Kraka - 900 złotych na umowę zlecenie. Trzeba zatem posiadać niezwykłą wyobraźnię lub podstawy jakiejś równoległej, alternatywnej matematyki, by sytuację tę przedstawić dokładnie odwrotnie.

Równie absurdalne motywy pojawiały się w ramach rządowych akcji mających skłonić emigrantów do powrotu nad Wisłę (jak mniemam, głównie po to, by za zarobione za granicą pieniądze założyć w Polsce firmę i tym samym wesprzeć upadający ZUS). Jednym z głównych punktów programu było porównywanie cen różnych produktów w Polsce i w Londynie. W zapomnienie poszły kwestie zarobków, nie mówiąc o kulturze pracy czy relacji pracodawca-pracownik. Mało tego, zapomniano, że w Polsce droższa jest chociażby odzież, samochody, komputery czy sprzęt RTV. Nagle atutem Polski miała być niższa niż w Anglii cena... marchewki. W sam raz kiedy nie da się kijem.

Podobnie było w przypadku przedstawiania kryzysu w Europie Zachodniej. Obecnie temat przestał już być w Polsce tak popularny, jednak sposób prezentowania go przez  długi czas trwale uformował przekonania części mieszkańców kraju. Przekonania, w których to Polska jest krajem stabilnym, konsekwentnie zmierzającym ku arkadyjskiej szczęśliwości, a Europa Zachodnia to ziemia niepewna, targana wewnętrznymi konfliktami z mniejszościami etnicznymi spoza kontynentu i szamocząca się z upiornym kryzysem ekonomicznym.

O ile dostrzegam jeszcze istnienie przekonań o przerażającym życiu na obczyźnie, tak nie wiem tylko czy ktokolwiek jeszcze wierzy w istniejącą w Polsce Arkadię, czy choćby nawet normalność tego miejsca. Tu po prostu ludzie tak przyzwyczaili się do życia w kryzysie, że nawet nie zwracają już na niego uwagi. Od 1939 roku było wystarczająco dużo czasu.

Felieton ukazał się w cyklu "Nasz świat według Łukasza Steca" publikowanym w polsko-włoskim dwutygodniku "Nasz Świat" (nr 20/2014) oraz na stronie kwartalnika "Nowy Obywatel".

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
luk.tom
Czas publikacji:
poniedziałek, 17 listopada 2014 14:19

Polecane wpisy

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny