Wpis

piątek, 18 listopada 2011

W 80 kilometrów dookoła świata

Amerykańscy klimatolodzy ogłosili, że to właśnie tutaj panuje najbardziej odpowiedni dla człowieka klimat: trzysta dni słonecznych w roku, średnie miesięczne temperatury wahające się między 20 a 25 stopniami, a przy tym niemal brak uciążliwych upałów.

Podróż szlakiem tutejszych plaż zaczynam w jedynym dużym mieście na Gran Canarii. Las Palmas liczy ponad 380 tysięcy mieszkańców i znacznie różni się od wybitnie turystycznego południa wyspy. Przede wszystkim tutejsi turyści to głównie Hiszpanie i jakikolwiek obcy język słyszy się tutaj dużo rzadziej niż w popularnych kurortach. Przyjeżdżając tu dobrze jest znać choć kilka podstawowych zwrotów po hiszpańsku, co może znacznie ułatwić wykonywanie tak prozaicznych czynnościach jak zakupy czy przejazd autobusem.

Prawdopodobnie najlepsza plaża na świecie

Mimo że miasto posiada starówkę, uniwersytet, muzea i parki, największą atrakcją jest tu, oczywiście, plaża. Nie jest to jednak zwykła miejska plaża, jakich nie brakuje nawet na południu Europy, ale słynna Playa de las Canteras. Ciągnie się ponad trzy kilometry, a wzdłuż niej bulwar pełen knajpek, kawiarni, restauracji i sklepików z pamiątkami. Znad obydwu jej krańców wystają wzgórza skierowane stromymi stronami w stronę oceanu. Całe życie towarzyskie stolicy wyspy skupia się na Playa de las Canteras. Na Veguecie, czyli tutejszym starym mieście, spotykam niewiele osób, podobnie jak w Casa de Colon – domu, w którym zatrzymał się Kolumb w trakcie swojej pierwszej wyprawy. Natomiast okolica największej plaży w Las Palmas tętni życiem przez całą dobę. To w końcu typowe dla Gran Canarii, że nie przyjeżdża się tu, aby zwiedzać, nieliczne zresztą, zabytki, lecz po to, by czas spędzać w takich miejscach jak to. Miejscowi przekonują mnie nawet, że jest to najlepsza plaża na świecie. A mimo to, postanawiam ruszyć na południe wyspy.

Starsza Hiszpanka z Las Palmas wielce zmartwiła się tym jak dotrę do ostatniego punktu swojej podróży. – Do Puerto de Mogan jest przecież kawał drogi – powiedziała z wielkim przejęciem. Po chwili zrozumiała moje zdziwienie i sprecyzowała odległość. – To 80 kilometrów stąd. Dla nas to wielka podróż, a dla ludzi z kontynentu zwyczajna wycieczka...

Na Gran Canarii jednak 80 kilometrów może zmienić wszystko. Wyspa nazywana jest „kontynentem w pigułce” i jeśli ktoś planuje objechać ją całą, co jest możliwe w trakcie dwutygodniowego pobytu, znajdzie tu nie tylko piaszczyste plaże, ale i klify, wydmy, góry, jeziora czy lasy sosnowe.

Soy Grancanario

Zanim jednak docieram do Puerto de Mogan, postanawiam się zatrzymać w Playa del Ingles – najpopularniejszym kurorcie na wyspie. Już pierwszy spacer po miasteczku uświadamia, że jego nazwa, znacząca tyle co „plaża Anglików”, jest zupełnie nieprzypadkowa. Miejscowość zdominowana jest przez wczasowiczów z Anglii, Szkocji i Irlandii. O ile w Las Palmas nieraz spotykałem osoby, które potwierdzały stereotyp o antytalencie południowców do języka angielskiego, tak tutaj czuję się jakbym był w Brighton, a nie w Hiszpanii. Język urzędowy słychać tu bardzo rzadko, a po angielsku zagadują zarówno miejscowi, jak i Brytyjczycy, którzy… pracują w miejscowych pubach i nocnych klubach.

Tak jak na terenie miasteczka króluje język angielski, tak na tutejszej plaży niepodzielnie rządzi niemiecki. W Playa del Ingles w niesamowity sposób widać bowiem różnice w sposobie spędzania urlopu między różnymi narodowościami, a przede wszystkim między grupami wiekowymi. Na plaży królują głównie niemieccy emeryci, a w barach i dyskotekach spotkać można przede wszystkim młodych Brytyjczyków. Bo Playa del Ingles to bardzo specyficzne połączenie spokojnego życia na plaży, które całkowicie zamiera po zachodzie słońca (miejscowi wręcz przestrzegają przed samotnymi spacerami plażą po zmroku) z nocnym życiem miasteczka, które wiąże się nie tylko z pubami i dyskotekami, ale też z wszechobecnymi dilerami narkotyków, natarczywymi prostytutkami, naganiaczami prowadzącymi nieświadomych przechodniów do burdeli zamiast do obiecanego baru, czy starymi Murzynkami, które niczym nasze Cyganki oferują przechodniom przewidywanie przeszłości w zamian za nieświadome pozbycie się portfela.

Drugiej nocy w Playa del Ingles odkrywam prosty i skuteczny sposób na pozbywanie się powyższych „delikwentów”. Mówię „soy Grancanario” (jestem Grankanaryjczykiem). Działa za każdym razem.

Raj dla amatorów wina i… palaczy

Miejscowość, podobnie jak pobliskie Maspalomas, tworzą niemal wyłącznie hotele i pensjonaty. Budynków mieszkalnych jest stosunkowo niewiele, a większość osób tu pracujących mieszka w nieco oddalonym od morza El Tablero – miejscu chwalonym przede wszystkim za względnie niskie ceny. W Playa del Ingles przypominają one nieraz te, do których przyzwyczaili się Anglicy, szczególnie w przypadku importowanych towarów. Jakby jednak nie było, cała Grana Canaria jest rajem dla amatorów wina i nałogowych palaczy. Ponieważ Wyspy Kanaryjskie są strefą bezcłową, miejscowe wina można kupić już za 1,5 euro, a papierosy nawet za 80 eurocentów.

Plaża w Playa del Ingles jest dość klasyczna – oprócz wspominanych niemieckich emerytów można tu spotkać głównie amatorów windsurfingu. Jednak podążając wzdłuż wybrzeża w stronę Maspalomas plaże nabierają pewnej specyfiki w postaci podziału na strefy. Na początku przemierzam przez plażę nudystów (tzw. czwarta strefa), gdzie nadal królują… niemieccy emeryci, potem przez plaże gejów (strefa trzecia – średnia wieku zdecydowanie niższa), w strefie drugiej spotykam ponownie nudystów, a na końcu rodziny z dziećmi w strefie familijnej. Maspalomas słynie jednak nie tylko ze wspomnianych plaż, ale też z położonych na 300 hektarach wydm, z których roztacza się widok na ocean, 70-metrowej latarni morskiej i największego na Wyspach Kanaryjskich aquaparku.

Po opuszczeniu Playa del Ingles, w drodze na zachód wyspy, zatrzymuję się na chwilę w dwóch miejscowościach. Pierwszą jest niewielka, położona pośród skalistych gór Patalavaca. Ciekawa jest tu przede wszystkim nazwa, która znaczy tyle co „krowia stopa” i fakt, że jest to miejsce, w którym słońce świeci najdłużej na wyspie, co być może jest powodem tego, że przyjeżdżają tu przede wszystkim turyści ze Skandynawii. Drugą miejscowością, w której spędzam kilka godzin, jest znacznie większe Puerto Rico. Złośliwi mówią, że już nigdy nie powstanie tu żaden nowy hotel. A to dlatego, że budynki są tu do tego stopnia stłoczone, że ma się wrażenie, jakby część z nich niemal wisiała na otaczających Puerto Rico skałach.

Mała Wenecja

Autobus z Puerto Rico do Puerto de Mogan jedzie krętą drogą wzdłuż oceanu, wspinając się coraz wyżej pomiędzy stromymi górami. Kierowca co chwilę używa klaksonu. To miejscowy sposób na uniknięcie wypadku na najbardziej ostrych zakrętach, w przypadku gdyby ktoś jechał z naprzeciwka. Dźwięk klaksonów słychać z oddali także w samym miasteczku – za każdym razem, kiedy górską serpentyną przejeżdża jakiś większy pojazd.

Znalezienie noclegu w Puerto de Mogan zajmuje mi niecałe… pięć minut. Aby przechować bagaże na czas poszukiwań, tuż po wyjściu z autobusu wchodzę do najbliższego sklepu. Sprzedawczynią jest bardzo sympatyczna Niemka, która, jak się okazuje, prowadzi niewielki pensjonat. Warunki są bardzo dobre, a do tego uzgodniona przez nas cena za nocleg jest kilkukrotnie niższa niż w oficjalnym cenniku. Cały interes Niemka prowadzi wraz ze swoim mężem, Indonezyjczykiem. Drugi pensjonat mają na… Bali.

Sama miejscowość słusznie okazuje się być nazywana najbardziej malowniczą na całej wyspie. Pozbawiona wysokiej zabudowy hotelowej, w dużej części składa się z wąskich uliczek z przyozdobionymi kwiatami domami. Leniwą atmosferę miasteczka świetnie ilustruje obrazek starszych mieszkańców, którzy całymi godzinami grają na ulicach w domino. Wzdłuż niewielkiej plaży ciągnie się tu pasaż z knajpkami i restauracjami, które jednak zamykane są, jak na Gran Canarię, bardzo wcześnie. Jedyne czynne do rana miejsce to pub Bohema. Przy lokalnym piwie Tropical spotykają się tu młodzi ludzie, którzy w większości mieszkają w Puerto de Mogan, a pracują w niedalekim Puerto Rico.

Puerto de Mogan to wręcz idealne miejsce na romantyczny wyjazd we dwoje. Nie ma tu Puerto de Moganzgiełku, dyskotek, natarczywych akwizytorów i naganiaczy, jak w Playa del Ingles czy Puerto Rico. To też raj dla estetów, którzy docenią zarówno malownicze położenie miejscowości, jak i jej zachodnią część nazywaną Małą Wenecją. To urocza plątanina wąskich uliczek poprzerywanych kanałami, nad którymi wiszą łukowe sklepienia białych budynków.

I tak Gran Canaria okazuje się „kontynentem w pigułce”, nawet gdy ograniczy się jej zwiedzanie wyłącznie do najpopularniejszych nadmorskich miejscowości, pomijając przy tym środkową i zachodnią część wyspy. Na tych, co chcieliby tu odkryć Hiszpanię, lubią nieco kosmopolityczny styl i efektowne plaże – czeka Las Palmas, na szukających nocnych wrażeń miłośników filmu „Kac Vegas” – Playa del Ingles lub Puerto Rico, na przyjeżdżające tu rodziny z dziećmi – Maspalomas, zaś na romantyków z artystyczną duszą – Puerto de Mogan.

Łukasz Stec

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
luk.tom
Czas publikacji:
piątek, 18 listopada 2011 16:22

Polecane wpisy

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny