Wpis

poniedziałek, 10 października 2011

Zajezdnia mistrza

Do dziś żałuje, że cztery lata temu nie zaproponował rywalizacji Mariuszowi Pudzianowskiemu. Słynny strongman, który odwiedzał wówczas wrocławską zajezdnię tramwajową, byłby mocno zdziwiony gdyby przegrał konkurencję w podnoszeniu ciężarów z 50-letnim ślusarzem z MPK.

Hala przy zajezdni tramwajowej Wrocław-Borek przypomina duży, zadaszony dworzec kolejowy. Zamiast pociągów na „peronach” stoi kilkanaście tramwajów. Mimo że pośród nich kręci się kilku pracowników, na hali jest cicho. Co jakiś czas pojawia się tu nowy pojazd wymagający naprawy. Pracownicy zajezdni wymieniają silniki, montują nowe pantografy na dachach pojazdów, wymieniają sprzęgi łączące wagony, przyklejają reklamy. Najcięższą pracą jest jednak wymiana wózków, czyli kół tramwaju. Chociaż tramwaj podnoszony jest wówczas przez specjalne windy, to po wymontowaniu wózka przeciągnąć lub przepchać wózek po torach musi człowiek. Wózek waży 2,5 tony. Kilkanaście metrów pcha go zazwyczaj dwóch ślusarzy. Najgorzej, kiedy jest nowy. Wtedy ma niewyrobione koła, przez co przepchać go jest jeszcze ciężej. Z wymianą sprzęgów wcale nie jest łatwiej. Wielki metalowy „hak” łączący dwa wagony waży 80 kilogramów. Sprzęg przenosi dwóch ślusarzy, po czym jeden go podtrzymuje, a drugi przymocowuje do wagonu.

Ryszard Życzkowski przychodzi tu od dwudziestu lat. Przepychanie po torach 2,5-tonowego wózka czy wymianę 80-kilogramowych sprzęgów uważa za formę treningu. Znacznie lżejszego od tego, który czeka go na położonej kilkaset metrów dalej sali Śląska Wrocław. Tam niemal każdego dnia „przerzuca” po kilkadziesiąt ton.

Mierzący obecnie 160 cm wzrostu Życzkowski do sekcji podnoszenia ciężarów Śląska Wrocław wstąpił jeszcze w szkole podstawowej. – Klubowy trener robił nabór w naszej podstawówce – wspomina Życzkowski. – Brał samych rosłych chłopaków i nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Zgłosiłem się więc sam. I choć z początku nie bardzo mnie tam widziano, już po dwóch latach ten sam trener wręczył mi puchar za to, że jako pierwszy z grupy zrobiłem trzecią klasę sportową. A potężniejsi ode mnie bardzo szybko zrezygnowali.

Stocznia, kopalnia, zajezdnia

Choć klubowi trenerzy z początku nie dostrzegali w niewysokim chłopcu specjalnego potencjału, ten dzięki konsekwencji i ciężkim treningom doszedł do wyników 182,5 kg w podrzucie i 142,5 kg w rwaniu oraz zdobył kilkanaście medali, w tym brązowe medale mistrzostw Polski seniorów. Po pierwszych kilku latach treningów w Śląsku Wrocław Życzkowski kilkukrotnie zmieniał kluby. Równolegle do zmian barw klubowych zmieniały się też jego miejsca pracy. Kiedy reprezentował Plon Milicz, pracował jako klubowy konserwator, w czasach występów dla Burzy Wrocław rozładowywał ciężarówki, w klubie Dolmel Wrocław był ślusarzem, reprezentując Stoczniowca Gdańsk pracował przy malowaniu okrętów, a przechodząc do Górnika Polkowice został górnikiem w miejscowej kopalni. Od 20 lat pracuje na zajezdni tramwajowej i ponownie reprezentuje Śląsk Wrocław.

Ryszard z żalem wspomina rok 1984. Powołano go wówczas do kadry narodowej, dzięki czemu znalazł się na liście rezerwowej w ekipie na Olimpiadę w Los Angeles. Ze względów politycznych Polska nie uczestniczyła jednak w igrzyskach, a na kolejną Olimpiadę powołano już nowych, młodszych zawodników. Za swój największy sportowy sukces uznaje brązowe medale mistrzostw Polski seniorów. Zwłaszcza ostatni, który zdobył mając aż 41 lat. Po tych sukcesach, 54-letni dziś Życzkowski nie zakończył jednak kariery sportowej. Od kilkunastu lat startuje w zawodach kategorii „masters”. Ta nowa nazwa go cieszy. Wcześniej nazywano tę kategorię oldbojami lub weteranami, co denerwowało sztangistę. Nie uważa się za „starego dziadka” czy „weterana wojennego”. A właśnie w kategorii „masters” Życzkowski osiągnął największe sukcesy. Przede wszystkim mistrzostwo świata.

Sam uważa się teraz za amatora wśród zawodowców i zawodowca wśród amatorów. Niemal każdy swój dzień dzieli między pracę na zajezdni a klubową siłownie. - Kiedy wypoczywam? – zastanawia się Życzkowski. - Kiedy trenuję! Jak mam dzień wolny od pracy to trenuję w klubie dwa razy po trzy godziny. Jeśli zdarza się wolna niedziela, a żona akurat pracuje, to też jadę na siłownie. Potem mi lepiej obiad smakuje… Mam wyrzuty sumienia, kiedy nie ma mnie na treningu, bo jestem już tak zmęczony po pracy, że jadę do domu. Jeśli zdarzy mi się przeziębić i przez dwa dni nie ma mnie w klubie to od razu dzwonią do mnie z siłowni czy coś się nie stało, bo wszyscy pytają gdzie jest Rysiek.

Urlop najczęściej wykorzystuje na dwutygodniowe zgrupowanie, które prowadzone jest w klubie na początku każdego roku. Czasami zostawia sobie pięć dni, żeby pojechać latem do swojego ulubionego Kołobrzegu.

- Skłamałbym jakbym powiedział, że żona nie narzeka – przyznaje Życzkowski. - Cały dzień pracuję fizycznie, na treningu podnoszę tony, a jak przychodzi kupić ziemniaki to mówię, że jestem zmęczony. Bywa też zła na mnie, bo w domu nie ma mnie prawie przez cały dzień.

Przyznaje jednak, że po tylu wspólnych latach żona coraz przychylniej patrzy na jego treningi. Tym bardziej, że poznali się na zgrupowaniu sportowym, gdzie trenowała biegi na 400 metrów. Chociaż skończyła karierę sportową na etapie zawodów międzyszkolnych, ich spotkanie na obozie w Miliczu było początkiem rodzinnych tradycji sportowych oraz sportowych wątków… małżeńskich.

Początek tradycji rodzinnej

Pasję do podnoszenia ciężarów zaszczepił u swojego brata, a kilka lat później u syna. - Rysiek namówił mnie na treningi, kiedy miałem 14 lat – wspomina Mirosław Życzkowski, młodszy o dwa lata brat Ryszarda. – Wspólnie trenowaliśmy podnoszenie ciężarów w Śląsku, Dolmelu, Burzy i Stoczniowcu. I, podobnie jak on, swoją żonę poznałem na obozie sportowym.

Mirosław Życzkowski jest obecnie zawodnikiem i trenerem w klubie Strzelec Strzelin. Zdobył wicemistrzostwo świata oraz mistrzostwo Europy w kategorii masters. Jego córka, Dorota, również trenowała podnoszenie ciężarów. Zdobyła m.in. brązowy medal mistrzostw Europy juniorów.

Ryszard najbardziej dumny jest jednak, kiedy pokazuje klubowy kalendarz z 1997 roku. Jest na nim zdjęcie kadry sztangistów, na którym znajduje się razem z synem. – Kilka lat temu odniosłem kontuzję tydzień przed drużynowymi mistrzostwami Polski seniorów – wspomina Życzkowski. - Robert, mój syn, był na tyle mocny, że będąc juniorem, mógł mnie zastąpić. Nie dość, że sam występ był wielką nobilitacją dla juniora, to jeszcze zespół zdobył brązowy medal.

Robert ma 29 lat i wygląda jak kopia swojego ojca. Niewysoki, krótko ostrzyżony i potężnie umięśniony. Pracuje jako elektryk na budowie i mieszka ze swoją żoną. Od razu widać, że ma dobry kontakt z ojcem. Kiedy rozmawiają ze sobą o podnoszeniu ciężarów u obydwu widać ten sam błysk w oczach.

- Ćwiczę wyłącznie dzięki swojemu ojcu – przyznaje Robert. – Ojciec to wszystko rozkręcił, bo wcześniej w rodzinie nie było żadnych sportowych tradycji. Co prawda sam musiałem już zakończyć karierę po tym jak dwukrotnie odniosłem kontuzje pleców, jednak to właśnie w trakcie treningów poznałem… swoją żonę. Nie zajmowała się profesjonalnie sportem, jednak przychodziła na siłownie Śląska, żeby ćwiczyć gimnastykę rekreacyjną. Jak widać, siłownia łączy – śmieje się syn Ryszarda.

Pupil na medal

Ulubionym miejscem Życzkowskiego wydaje się być jego… klubowa szafka w szatni. Nie podoba mu się to, że wielu sportowców trzyma swoje medale w starych pudłach w piwnicach. Swoją kolekcję zawiesił na wewnętrznej stronie metalowej szafki. Jest ich tam dziesięć, w tym medal z mistrzostw świata. Za każdym razem, kiedy przychodzi na trening, cieszy się dźwiękiem jaki powstaje, gdy medale odbijają się od otwieranych drzwi.

- Nie mam tylu medali, ile bym chciał – przyznaje sztangista. – Ze względu na koszty uczestniczyłem tylko w zawodach odbywających się w Polsce i ościennych krajach. Niejednokrotnie brałem pożyczkę, żeby pojechać na jakieś mistrzostwa, a potem spłacałem ją przez pół roku. Kilkanaście lat czekałem aż w Polsce odbędą się mistrzostwa świata. W końcu, kiedy odbyły się w Ciechanowie, zdobyłem złoty medal.

To właśnie ubiegłoroczny sukces na mistrzostwach świata w kategorii masters odbił się szerokim echem wśród pracowników wrocławskiego MPK. – Oglądaliśmy przez internet bezpośrednią transmisję z zawodów – wspomina brygadier Adam Walaszek – Rysiek nawet nam nic nie wspomniał o tym, że jedzie na mistrzostwa świata. Dowiedzieliśmy się o tym od naszego kolegi-komputerowca, który znalazł informacje w internecie. Mieliśmy akurat przerwę śniadaniową, więc udało nam się w pracy obejrzeć fragment transmisji z mistrzostw. Zawsze trzymamy kciuki za Ryśka. Jest naszym pupilem, bo choć jest silny, to nieduży i zawsze z dobrym humorem.

Życzkowski nie rozpowiada w pracy o swoich sukcesach. O jego startach w zawodach i medalach wiedzieli głównie najbliżsi współpracownicy. Dyrekcja MPK dowiedziała się o wszystkim dzięki rzeczniczce prasowej, która przeczytała o sztangiście w lokalnej prasie. – O sukcesie naszego pracownika dowiedzieliśmy się z wrocławskich mediów – mówi Agnieszka Korzeniowska, rzecznik prasowy przedsiębiorstwa. – Pan Ryszard jest naszym wieloletnim pracownikiem i naszą wizytówką. Postanowiliśmy go wesprzeć i sfinansować jego start w kolejnych mistrzostwach, które odbędą się na Cyprze jesienią tego roku. MPK zapłaci za bilety samolotowe oraz noclegi.

54-letni sztangista podkreśla, że bez finansowego wsparcia pracodawcy jego wyjazd na Cypr, gdzie na przełomie października i listopada odbędą się mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów w kategorii masters, byłby niemożliwy. W Limassol Życzkowski ma szansę obronić tytuł mistrza świata, który zdobył w Ciechanowie. Ponownie przyjdzie mu się zmierzyć z najlepszymi na świecie „mastersami”, czyli zawodnikami, których kiedyś nazywało się po prostu oldbojami lub weteranami, najczęściej byłymi reprezentantami swoich krajów.

Od kilku miesięcy realizuje plan treningowy przygotowujący go do obrony tytułu mistrza świata. Najpierw osiem godzin „rozgrzewki” na zajezdni, a potem profesjonalny trening w sali Śląska Wrocław.

Czy czegoś żałuje z tych 40 lat ćwiczeń? – Raczej nie odchodziłbym ze Śląska Wrocław – podsumowuje Życzkowski. – Może wówczas pieniądze w innych klubach były większe, ale warunki do treningu jednak najlepsze były tutaj.

Po chwili zastanowienia dodaje z uśmiechem: - No i szkoda, że nie wyzwałem na pojedynek Pudzianowskiego, kiedy bił w naszej zajezdni rekord świata przeciągając 34-tonowy tramwaj. Strongmani mają rozbudowane zupełnie inne partie mięśni niż osoby podnoszące sztangi. Tam liczy się wysiłek przez dłuższą chwilę, tu jest dynamizm. „Dominator” mógłby się zdziwić gdyby przegrał podnoszenie sztangi ze ślusarzem ubranym w roboczy strój. Ostatecznie jednak poprosiłem go tylko o autograf. Dostałem plakat z dedykacją „dla Rysia”.

Łukasz Stec

(Reportaż opublikowany w tygodniku "Przegląd" nr 40/2011)

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
luk.tom
Czas publikacji:
poniedziałek, 10 października 2011 18:16

Polecane wpisy

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny