Wpis

piątek, 21 sierpnia 2009

Zapiski irlandzkie (2) – Irish English

Jak reagują Irlandczycy, kiedy słyszą słowo Ohio”? Odpowiadają fine, thanks” Nie bez zasady anegdota ta jest bardzo popularna wśród imigrantów zamieszkujących Zieloną Wyspę. Nawet jeśli przyjeżdża się tu z wszelakimi certyfikatami językowymi, z piątkami z angielskiego na maturalnym świadectwie, czy z bogactwem słownictwa przewyższającym polszczyznę niejednego rodaka – należy porzucić wszelką nadzieję. A już na pewno przestać się łudzić, że usłyszy się czysty i wzniosły akcent w stylu Tony’ego Blaira czy Hugh Granta.

Pierwszego tygodnia swojego pobytu w Dublinie zostałem na ulicy zapytany przez młodego
Irlandczyka o to czy posiadam śmieci. Tak mi się przynajmniej z początku wydawało, bo jak
inaczej można było zinterpretować zdanie, które brzmiało  "d’ju haw e lite’r”? Młodzieniec nie był jednak aż tak oryginalny i prosił po prostu o "lighter” celem odpalenia papierosa.
Przybywając do Irlandii po pierwsze trzeba zapomnieć o szkolnych regułkach i majestatycznym
angielskim akcencie. Tu rządzi Hiberno-English, w którym "bus” czy "pub” czyta się dokładnie tak jak się pisze. Z początku ma się wrażenie, że jest to angielski z niemiecką wymową, szczególnie kiedy po raz pierwszy usłyszy się jak Irlandczycy nieraz wymawiają eight, nine (
it, nojn). Źródłem specyficznej angielszczyzny nie są tu jednak rzadkie kontakty z naszymi zachodnimi sąsiadami, za którymi Irlandczycy zresztą nie przepadają, lecz rodzimy język Zielonej Wyspy , czyli irlandzki (gailge).
Z irlandzkim sprawa wygląda bardzo specyficznie. Chociaż jest oficjalnym językiem kraju tak
samo jak angielski, używa go tu mniej osób niż języka polskiego. Zresztą, dwa lata temu padła w Irlandii nawet propozycja, żeby kraj był trójjęzyczny, a kolejnym oficjalnym językiem miałby
być polski.
Irlandzkim porozumiewa się na co dzień ledwo 4% mieszkańców wyspy, i są to niemal
wyłącznie osoby zamieszkałe na wiejskich terenach zachodniej części wyspy. Ponad połowa
Irlandczyków nie potrafi po irlandzku powiedzieć ani jednego zdania. Oczywiście, wpływ na ten
stan rzeczy miała okupacja brytyjska, która trwała znacznie dłużej niż zabory Polski, bo aż 800
lat. Od jakiegoś czasu sytuację stara się zmienić irlandzki rząd, który wprowadził obowiązkowe
nauczanie irlandzkiego w szkołach, na ulicach pojawiły się dwujęzyczne tablice informacyjne,
natomiast jednym z kanałów publicznej telewizji jest TG4 nadający cały program w gailge.
Trudno powiedzieć czy działania te przyniosły jakiekolwiek efekty. Na niekorzyść przemawia
pewne wydarzenie, w którym brałem udział na początku ubiegłego roku. Wspomniana telewizja
TG4 realizowała wówczas program, który udowodnić miał jak prosta jest nauka irlandzkiego. W pierwszej części wzięło udział czterech Irlandczyków, którzy mieli już wcześniej kontakt ze
swoim ojczystym językiem, natomiast w drugiej – czworo Polaków, w tym autor tego tekstu.
Przez godzinę obie grupy uczone były podstaw języka, po czym przystąpiły do testu. Wynik był
dość jednoznaczny – Polacy po godzinnym kursie lepiej władają irlandzkim od przeciętnych
mieszkańców Zielonej Wyspy 
Jadąc do Irlandii należy być jednak ostrożnym z popisywaniem się znajomością lokalnego
słownictwa czy wymowy. Dobrym przykładem jest słowo craic”, które wymieniane jest niemal w
każdym przewodniku po wyspie, a oznaczać ma irlandzką imprezę. Okazuje się jednak, że
Irlandczycy w ogóle go nie używają. Owszem, wiedzą co oznacza, ale śmieją się, że posługują się tym określeniem wyłącznie angielscy turyści.
Kolejnym problemem jest to, że najliczniejszej mniejszości narodowej nie stanowią tu wbrew
pozorom Polacy, a właśnie Anglicy. Któregoś dnia chciałem wypróbować swój Hiberno-English, i z twardym akcentem wycedziłem do taksówkarza  "Hunters Łej, plis”. Ten spojrzał się na mnie ze zdziwieniem i rzekł niemalże po londyńsku:  "
Ju min: Hanters Łej?”.
Znacznie większy problem z niewłaściwą wymową w taksówce miała jednak pewna para, która
przybyła do Irlandii po raz pierwszy i zamówiła kurs z dublińskiego lotniska do Killiney,
oddalonego od centrum o 20 kilometrów. Dopiero po dwóch godzinach zorientowali się, że coś jest nie tak. Taksówkarz wiózł ich do Killarney, położonego na drugim końcu wyspy. I w takich chwilach można wykrzyknąć typowym irlandzkim angielskim:  "fokin’ Doblin!

Felieton opublikowany w dwutygodniku "Praca i nauka za granicą"

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
luk.tom
Czas publikacji:
piątek, 21 sierpnia 2009 15:06

Polecane wpisy

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny