Wpis

niedziela, 12 lipca 2009

Szeryf IV RP

Rozmowa z Witkiem, Gościem z Atlantydy - ulicznym muzykiem, który zasłynął występami w telewizyjnym programie „Lalamido” i koncertami na „Przystanku Woodstock”. Jest założycielem jednoosobowej partii i autorem projektu konstytucji opartej na myślach Sokratesa. Obecnie mieszka i występuje w Dublinie.

Wielu Polaków mówi, że gdzie się nie ruszą, czy w Polsce, czy w Irlandii – spotykają Pana Witka. Ma Pan brata bliźniaka?
Mimo wszystko zacznę od przedstawienia się... Jestem Pan Witek, Gość z Atlantydy. Czy wiecie, że na festiwalu w Opolu zająłem trzecie miejsce? W czwartym rzędzie... (śmiech) Obecnie jestem w Dublinie. W zeszłym roku byłem tu przez pięć miesięcy. Jednak już niedługo lecę do Polski, bo mam koncert w Warszawie. A ten wątek, że „jestem wszędzie” jest bardzo miły...

Czyli bliźniak zdementowany? Pytam też w kontekście Pana startu w wyborach prezydenckich...
Mam brata, ale nie bliźniaka. Jest też muzykiem – gra muzykę taneczną w zespole „Medium”.

A ten start w wyborach prezydenckich to jakiś żart sceniczny?Byłoby największą podłością, gdybym robił sobie w tym momencie szopkę z polityki! Od 15 lat prezentuję własne pomysły na państwowość. A wzięło się to stąd, że przez długi czas zajmowałem się rolnictwem i za każdym razem sytuacja polityczno-ekonomiczna doprowadzała mnie do upadku... Po zagłębieniu się w sprawy ustrojowe, w 1994 r.napisałem Konstytucję IV Rzeczpospolitej. Przedstawiłem ją na Zgromadzeniu Małych Partii, które współorganizowałem. Jeśli chodzi o wybory prezydenckie, to zamierzałem już startować w poprzednich, ale z przyczyn finansowych nie zebrałem odpowiedniej ilości podpisów. Natomiast już w tym roku będę miał fundusze niezbędne do startu w wyborach w 2010 r..

foto: Aro SzwonkaO tym, że hasło „IV RP” zaczął Pan propagować dużo wcześniej od Kaczyńskich, pisał już jeden z polskich tygodników.  Jak się Pan czuje jako prawdziwy ojciec IV RP?
Dobrze... (śmiech)

W Wikipedii można wyczytać, że mieszka Pan w Dublinie...
To jest tak, że spotykam chłopaka z Gdańska, a on mówi mi: „Panie Witku, ja koło pana mieszkam!”. Spotykam kogoś z Krakowa, i mówi mi to samo... To przez to, że dużo jeżdżę. Nieraz sam się dziwię, że jestem w miejscu, w którym jestem...

Jak w Pana życiu  pojawiała się Irlandia?
Jak zwykle – przez przypadek. Przed pierwszym przyjazdem tutaj byłem za granicą tylko jedną nogą – na Śnieżce... (śmiech). Półtora roku temu zostałem zaproszony na koncert do Dublina. Zaprosił mnie chłopak, który w Polsce zrobił sobie ze mną zdjęcie na ulicy. Na zdjęciu zobaczył, że na mojej gitarze jest wypisany numer telefonu. Zadzwonił do mnie, kupił mi bilety na samolot – i tak przyjeżdżam tu już od marca 2006 r... Na początku chciałem znaleźć tu pracę w budowlance. Nie znałem jednak angielskiego. Zresztą, okazało się, że graniem na ulicach też można tu nieźle zarobić.

Jak w ogóle zaczęła się pana kariera artystyczna?
Mój tata był pieśniarzem ludowym. Dzięki niemu poznałem wiele pięknych ludowych ballad. Zawsze brałem je do siebie zbyt mocno, więc pewnie dlatego jestem przesadnym idealistą... Mam żonę i dzieci. Żona, oczywiście, nie cierpi tego, że jestem taki wyluzowany, że ubieram się jak młodzież i jestem na „ty” z ludźmi dużo młodszymi ode mnie. Moje dzieci też trochę krzywo patrzą na to, ale nieraz jak maja problemy finansowe, to idą z tym do mnie...

Podobno Pana ciągnęło na wieś, a żonę do miasta...
Dokładnie! Miałem 3 hektary po rodzicach. Uprawiałem różne rzeczy, nie mając w ogóle sprzętu rolniczego. Było bardzo ciężko, a gospodarstwo padało. Żona dostała mieszkanie w mieście i przeprowadziła się, a ja zostałem w Pracach Małych.

Był Pan rolnikiem, przez krótki czas – kominiarzem: gdzie w tym wszystkim było miejsce na muzykę?
Kiedy skończyłem szkołę średnią i wróciłem z internatu – założyłem zespół „Wieśniacy”. Występowaliśmy w remizach, klubach, a w 1971 r. zajęliśmy drugie miejsce na festiwalu w Olsztynie, gdzie gwiazdą wieczoru był Jan Pietrzak.


A jak się zaczęła Pana solowa kariera?
Sprzedałem gospodarstwo i pojechałem do Gdańska. Słyszałem, że można tam trochę zarobić graniem na ulicach. To był 1993 r.. Grałem w przejściu podziemnym, kiedy spotkał mnie Konio i Skiba. Zobaczyli, że można się pośmiać z tego co robię – wtedy podczas grania robiłem jeszcze dziwne miny... Dla śmiechu wzięli mnie do swojego programu telewizyjnego „Lalamido”. Zacząłem być wtedy rozpoznawalny na ulicy. Latem tamtego roku Owsiak zaprosił mnie na festiwal w Żarnowcu. Grał tam zespół Dezerter, po którego występie młodzież chciała rozwalić scenę. Już były zniszczone barierki, już organizatorzy pouciekali, a Owsiak wysłał wtedy na scenę mnie... Zacząłem śpiewać „Pijanego Gonzaleza” (witkowa wersja piosenki „Speedy Gonzalez” – przyp. red.). Po pewnym czasie publiczność zaczęła mnie słuchać, a jak zacząłem „Guantanamera” – wszyscy już śpiewali ze mną i zaczęła się totalna zabawa... Uważam, że to był mój prawdziwy debiut artystyczny, a nie wygłupy w „Lalamido”.

Skąd wziął się pana pomysł na image?
Znowu przypadek... Kapelusz dostałem, kurtkę kupiłem za 100 zł., a spodnie znalazłem przy śmietniku. Strój ten pokazuje, że jestem kowbojem – prawie szeryfem!

(Rozmowa opublikowana w tygodniku "Życie w Irlandii" w październiku 2007 r., a następnie przedrukowana przez dwutygodnik "Polski Express" i portal Onet.pl)

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
luk.tom
Czas publikacji:
niedziela, 12 lipca 2009 05:30

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny